Otrząsnęłam się z zamyślenia. Wstałam i sięgnęłam do walizki, z której wyjęłam potrzebne ubrania. Następnie udałam się do łazienki i po piętnastu minutach byłam gotowa do wyjścia. Dobrze się złożyło, bo usłyszałam akurat dudniącą muzykę zza ściany, która sprawiała, że moje uszy niemal krwawiły. Cóż... nie by to hotel pięciogwiazdkowy.
Zamknęłam drzwi i pospiesznie włożyłam klucz do kieszeni, a następnie nucąc swoją ulubioną piosenkę wyszłam z budynku. Byłam podekscytowana perspektywą zwiedzenia miasta, ale dezorientacja sprawiona nieznajomością tego miasta nieco ostudziła mój entuzjazm.
***
Minęło kilka godzin i wkrótce zabudowania znikły na rzecz coraz liczniejszych drzew i krzewów. Stanęłam u podnóża lasu zastanawiając się, czy powinnam tam iść. Z jednej strony mogłam się zgubić, ale wizja spaceru w zaciszu drzew była kusząca.
W końcu zdecydowałam się przespacerować kawałek wydeptaną dróżką.
***
Robiło się powoli ciemno, a ja wciąż błądziłam. Gdzie do cholery była ta ścieżka? Przecież nie mogłam pójść tak daleko...
Usiadłam zrezygnowana na mchu i oparłam się o pień drzewa. Podróż dawała się we znaki. Wyruszyłam nad rankiem i teraz byłam okropnie zmęczona i głodna. Mogłam wziąć chociaż kanapkę, ale w pośpiechu zdążyłam tylko schować do kieszeni klucz, który teraz niestety był bezużyteczny.
Jak na złość, zrobiło się zimno. Miałam na sobie podkoszulek i jeansy i teraz było mi naprawdę chłodno. Nie sądziłam, że będą tu aż takie wahania temperatur. Mogłam ruszyć głową i założyć bluzę. Przecież był październik! Objęłam się ramionami, starając się jakoś ogrzać.
Nagle usłyszałam szelest i mimo dzielącej nas odległości sądziłam, że to mój ojczym. Wkrótce zza zarośli wyłonił się jakiś chłopak. Poczułam jednocześnie ulgę i strach. To nie był demon, a jednak nie wiedziałam, jakie zamiary ma nieznajomy.
- Wszystko ok? - spytał lekko ironicznym tonem.
W blasku księżyca, który akurat wyłonił się zza chmur dostrzegłam błysk czerwonych tęczówek, Gwałtownie się wyprostowałam.
To był wampir.
W mojej dłoni odruchowo pojawił się niebieskawy płomień. Nie mógł mu zrobić krzywdy, ponieważ był tylko iluzją, ale skąd on miał to wiedzieć?
Nieznajomy chyba nieco się zdziwił, ale praktycznie nie widziałam go w ciemnościach, więc nie zaobserwowałam dokładnie jego reakcji.
- Spokojnie nic ci nie zrobię - powiedział unosząc ręce w geście poddania.
- Jesteś wampirem! - Wypaliłam.
- I? - Spytał.
- I... I żywisz się ludzką krwią!
- Po części, ale nie tak jak myślisz. - wyjaśnił
Uniosłam pytająco brwi.
- Bank krwi dostarcza mi wystarczającą ilość.
Nieco się uspokoiłam, ale wciąż uważnie go obserwowałam. Wydawał się być szczery, ale wolałam być ostrożna. Mój ojczym też się taki wydawał... na początku.
- Jestem Marshall, a ty?
- Ann. Miło cię poznać... chyba.
- Zgubiłaś się - było to raczej stwierdzenie.
- Jak widać nie znam dobrze miasta - westchnęłam.
- Chodź. Chyba lepiej żebyś tu dłużej nie stała. Wyglądasz jakbyś miała padaczkę - zażartował.
- Nie! Nigdzie z tobą nie pójdę - zaprotestowałam.
- Wolisz siedzieć w lesie? - Zirytował się.
Miał rację i tak nie miałam nic lepszego do wyboru. Zgasiłam niebieski płomyk w mojej ręce i podążyłam za nim. Był szczerze rozbawiony tym, że jest mi zimno i w akcie dobroci ofiarował swoją kurtkę. Sam był wampirem i nie odczuwał zimna tak intensywnie jak ja. Podziękowałam mu i z ulgą zanurzyłam się w cieple materiału. Była o wiele za duża, co wywołało kolejny atak śmiechu Marshalla. Starając się go ignorować zapięłam ją do końca i zanurzyłam się w jej zapachu. Pachniała lasem i czymś niezidentyfikowanym.
Po piętnastu minutach z ulgą stwierdziłam, że przede mną majaczy się w świetle ulicznych lamp droga. Chłopak przez cały czas rzucał ironiczne uwagi na temat mojej orientacji w terenie, ale było całkiem zabawnie. Mimo nieco dziwnego charakteru był całkiem słodki.
Na drodze było o wiele jaśniej i mogłam wreszcie zobaczyć jego twarz.
Miał kruczoczarne włosy, które opadały mu na oczy. Co jakiś czas je odgarniał i musiałam się powstrzymać całą siłą woli, żeby nie wydać z siebie rozmarzonego westchnienia. Był cholernie przystojny i poczułam się przy nim jak bezdomny przy modelu. Odwróciłam pospiesznie twarz by nie zdał sobie sprawy, że się na niego gapię.
- To gdzie teraz? - Popatrzył na mnie pytająco, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Hotel Mohito - odparłam.
Uniósł pytająco brwi, ale nie zamierzałam mu nic wyjaśniać.
Po kilku minutach ujrzałam znajomy, beżowy budynek z umiejscowionym nad drzwiami neonem w kształcie litery ,,M''.
- Dzięki za zaprowadzenie - uśmiechnęłam się, starając się mimo zmęczenia wyglądać słodko.
- Do usług Ann. Jeszcze się spotkamy - pożegnał się.
- To groźba? - Zapytałam.
- Ostrzeżenie - mruknął i posłał mi łobuzerski uśmiech, na widok którego zaparło mi dech w piersiach.
Ze smutkiem oddałam mu kurtkę i odwróciłam się by otworzyć drzwi, Za sobą usłyszałam trzepot skrzydeł i po chwili byłam sama.
- To był dziwny dzień... - Westchnęłam i skierowałam się w stronę schodów ignorując irytujące spojrzenie recepcjonistki. W końcu było już grubo po północy. Ruszyłam do pokoju rozmyślając o tajemniczym chłopaku, którego dziś spotkałam. Kto by pomyślał, że zakoleguje się z wampirem...
_________________________________
R: Nawet nie wiecie ile było śmiechu przy pisaniu tego rozdziału!
K: Pisałyśmy go chyba ponad godzinę, ale to wina Rose!
R: Nie moja wina, że jak Kat pokazała cudzysłów z niewiadomych powodów skojarzyło mi się to z tańczącymi gąsienicami... Nie wnikajmy.
K: Zgodzę się.
R: I tym razem to nie ja miałam sadystyczne zapędy!
K: Bardzo śmieszne.
R: Nie moja wina, że gdy tylko napisałam ,,białe ściany'' od razu zaczęłaś o szpitalu psychiatrycznym...
K: Dobra skończymy to lepiej xD
R: Masz rację, jeszcze się ktoś załamie nerwowo jak to przeczyta :')
K: O ile przeczyta...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz