czwartek, 24 grudnia 2015

Rozdział 11, czyli śmiertelna diagnoza, Nasiono Demona i wyprawa Fionny.

    Obudziłam się dzisiaj z potwornym bólem głowy.  Było mi strasznie zimno, choć tkwiłam pod grubą, ciepłą kołdrą.                                                  
    Powoli wstałam, walcząc z narastającymi zawrotami. Czułam się okropnie.
    Ktoś zapukał do drzwi.
     - T-tak? – Spytałam drżącym z zimna głosem.
    Do pokoju weszła Fionna.
     - Wszystko ok? Jest już dwunasta – zaniepokoiła się.
     - Dwunasta? – Zdziwiłam się.
     - Tak. Nie chciałam cię budzić, ale przyszedł Marshall – wyjaśniła.
     - Zaraz zejdę – obiecałam.
     - Na pewno wszystko ok? Jesteś strasznie blada – zmartwiła się.
     - Chyba dobrze – odparłam, ale nie zabrzmiało to zbyt przekonująco.
     - Długo jeszcze będziecie gadać? Bo nie mam się z kogo nabijać – zażartował wampir, zaglądając przez ramię blondynki do mojego pokoju.
     - Wydaję mi się, że ona jest chora – powiedziała blondynka, patrząc na mnie z dezaprobatą.
     Wampir zlustrował mnie wzrokiem.
    - Ma przyspieszony puls, dreszcze, prawdopodobnie gorączkę, niskie ciśnienie i pewnie kręci jej się w głowie. Na bank jest chora – odparł Marshall.
     Spojrzałam na niego jak na zdrajcę. Skąd on to wszystko wiedział?
    - Wampiry mają ulepszone zmysły – powiedział, jakby czytał mi w myślach.
    Po takiej diagnozie zostałam momentalnie, niemal siłą zaciągnięta pod kołdrę. W ciągu dnia odwiedził mnie nawet doktor, ale nie potrafił stwierdzić, co mi dolega.
    Następnego dnia zaczęłam kaszleć krwią, a potem nasilił się ból głowy. Marshall i Fionna nie odstępowali mnie nawet na krok. Było mi z tego powodu bardzo miło, ale według mnie zachowywali się trochę nadopiekuńczo.
     - Mam pomysł! – Zawołał nagle tryumfalnie Marshall.
     Ja i blondynka spojrzałyśmy na niego zdziwione.
     - W sumie… Ann jest tym Filii Saltus czy coś, więc może oni będą wiedzieć, co jej jest.
     Fionna skinęła głową, choć widać było, że kolejne spotkanie z Dziećmi Lasu nie napawało ją entuzjazmem. Zapewne drażnił ją fakt, że jako człowiek nie jest tam zupełnie mile widziana.
    - Możemy spróbować – stwierdziłam.


    *Godzinę później*

    Stanęliśmy przed ,,uzdrowicielem”, którym okazał się być niski, tęgi mężczyzna o miłej twarzy i pogodnych oczach.
    Zbadał mnie bardzo szybko i po długich namysłach stwierdził w końcu, że prawdopodobnie wie, co mi dolega.
    - Tak jak sądziłem, stworzyły się komplikacje – westchnął, a w jego oczach dało się zauważyć smutek.
    - Komplikacje?
    - Tak, jesteś córką maga i demona, to może bardzo namieszać – wyjaśnił.
    - Czyli? – Zirytował się Marshall.
    - Natura demona stara się przejąć kontrolę nad naturą Filii Saltus, stąd te objawy – wytłumaczył.
    - Jak można temu zapobiec? – Zapytałam w przerwie między kaszlem.
    - Oh… - uzdrowiciel westchnął smutno i wiedziałam, że to nie będą dobre wieści.
    - Proszę mówić! – Nalegała podenerwowana Fionna.
    - Taka wewnętrzna walka jest nieuleczalna. Prawdopodobnie zostało ci… mało czasu.
     W pomieszczeniu zapadła męcząca cisza. Marshall zacisnął pięści tak mocno, że pobielały mu kłykcie, a Fionna zszokowana podparła się ściany, żeby się nie przewrócić. Ja stałam nieruchomo, nie mogłam przyjąć do wiadomości tego, co przed chwilą usłyszałam.
    Pierwsza odezwała się blondynka:
    - Ale musi być jakiś sposób! – Zawołała niemal błagalnie.
    Mężczyzna zamyślony usiadł na krześle. Swój wzrok skierował na małe okno.
     - W zasadzie jest jeden, ale może być dość niebezpieczny – powiedział w końcu.
     - Jaki? – powiedzieliśmy niemal jednocześnie.
     - Połknięcie jednego z owoców Nasiona Demona. Nasiono Demona jest niezawodną trutką na wszelkiego rodzaju demony, ale rośnie bardzo rzadko. Po zażyciu miesza złym istotą w ich osobowości i  neutralizuje ich złą stronę. Następnie ,,wysysa” ich życie i niszczy organizm sprawiając, że umierają.
    - Nie da się jakoś obejść tej drugiej części? – Spytałam z nadzieją.
    - Istnieje możliwość, że natura Filii Saltus przeciwstawi się roślinie i z nią wygra, ale trzeba brać pod uwagę drugie zakończenie.
    - Gdzie rośnie Nasiono Demona? – Spytał Marshall z determinacją.
    - Demony skutecznie poniszczyły większość z nich, uważając się za niezniszczalnych, ale w tej krainie istnieje jedno wzgórze, na którym prawdopodobnie są – wyjaśnił.
    - Chyba lepiej, gdybym spróbowała je zażyć – stwierdziłam.
    Fakt mojej prawdopodobnej śmierci, jakoś nie mógł do mnie dotrzeć. Zadrżałam i zakaszlałam wyczerpana.
     - Jest tu gdzieś może mapa? – Spytał wampir.
     - Jest, ale z pewnością jej nie potrzebujesz. O ile wiadomo jesteś wampirem i choć nie masz tylu skłonności do agresji co twoi pobratymcy, nadal zaliczasz się do demonów. Przebywanie w jej zasięgu, może źle na ciebie wpłynąć.
     Marshall wzruszył ramionami.
    - Nigdzie nie idziesz! – syknęłam mu do ucha.
    - Najlepiej będzie, jeśli ja pójdę – odezwała się Fionna.
    Uzdrowiciel skinął głową.
    - Tak, człowiek z pewnością nie będzie miał z tym trudności. Dołączy do ciebie Nick. Chłopak zna ten las jak własną kieszeń – powiedział, a w jego oczach błysło rozbawienie.
    Fionna lekko się skrzywiła. Zapewne nie podobał jej się fakt, że będzie musiała spędzić czas z kimś z tej wioski.
    - Niech będzie – odparła w końcu.
    - Czy ta wyprawa będzie w jakiś sposób niebezpieczna? – Spytałam zmartwiona.
    Nie chciałam, aby blondynka musiała się przeze mnie poświęcać.
    - W okolicach wzgórza mieszka dużo dziwnych i dzikich zwierząt, oraz rośnie kilka zagrażających życiu roślin, ale Nick je zna, więc chyba nie będzie problemu – powiedział spokojnie mężczyzna.
    Skinęłam z ulgą głową.


* Tak kilka godzin później (narracja trzecio-osobowa)*

    Fionna i Nick kończyli pakować plecaki z niezbędnymi rzeczami. Chłopak był bardzo wesoły i co jakiś czas wycinał blondynce numery, co bardzo ją irytowało, choć w głębi duszy cieszyła się, że tą wyprawę przyjdzie jej spędzić właśnie z nim.
    Nick był wysoki i zwinny. Miał duże, niebieskie oczy oraz szopę czekoladowych loków, które wyglądały całkiem uroczo.
    W końcu żegnając się z Marshallem i opartą o niego, zmęczoną Ann, wyruszyli w głąb lasu. Fionna rozglądała się ciekawie na boki, pytając co jakiś czas o wyjątkowo dziwne rośliny, które spotkała po drodze. Nick okazał się całkiem dobrym przewodnikiem i  z anielską cierpliwością wyjaśniał blondynce nazwy i zastosowania kwiatów, które mijali. Fionnie spodobał się sposób, w jaki opowiadał o poszczególnych roślinach. Mówił z pasją i potrafił mówić bardzo ciekawie, wliczając w to mnóstwo ciekawostek, którymi sypał jak z rękawa.
    - Dobrze, za nami tak z jedna czwarta drogi. Teraz musimy uważać, bo te miejsca zamieszkuje  Monstrum Terra, czyli Potwór Ziemski. Nie jest bardzo groźny, ale może ściągnąć na nas uwagę innych mieszkańców lasu – wyjaśnił zwalniając.
    - Jak on wygląda? – Spytała zaciekawiona blondynka.
    - Tak naprawdę nie ma jakiegoś konkretnego kształtu.  Jest po prostu żywym błotem. Czasem zmienia się w kupkę ziemi, która posturą przypomina ni to człowieka ni to drzewo i w ten sposób goni swoje ofiary.
    Fionna wzdrygnęła się.
    - Ale jego wielkim minusem jest fakt, że za nic w świecie nie wejdzie na drzewo, a nawet gdyby próbował poruszyć ziemią wokół niego, można przeskoczyć na inne i tak w kółko – odparł wesoło.
    - A co by się stało, gdyby mnie złapał? – Spytała blondynka, wątpiąc nieco w jej umiejętności wspinania się.
    - Nie ma takiej opcji. Obiecuję, że nawet cię nie tknie – powiedział.
    Fionna lekko się zarumieniła.
    - Co nie zmienia faktu, że zabawnie byłoby zobaczyć cię ociekającą błotem. Zupełnie jak w Spa, tylko że tam maseczka błotna nie jest serwowana przez potwory – zachichotał.
    Blondynka prychnęła gniewnie, starając się ukryć swoje rozbawienie.
    Nagle pod jej stopami zatrzęsła się ziemia i Fionna upadła na trawę.
    - Cholera – powiedział nerwowo Nick, rozglądając się wokół.
    Otaczała ich mała polanka i dopiero gdzieś w oddali majaczyły się zarysy drzew.
    Fionna nieco przestraszona wstała, obserwując jak  kilka metrów dalej z ziemi formuje się nierówny kształt.
    - Biegniemy! – zawołał Nick, łapiąc ją za rękę i ciągnąc  do przodu.
    Blondynka starała się za nim nadążyć, ale Nick był od niej sporo szybszy, co bardzo ją irytowało.
     Linie drzew stały się wyraźniejsze i po dwóch minutach zdyszani znaleźli się pod jednym z nich.
    - Umiesz się wspinać? – spytał chłopak podciągając się o konar drzewa i zwinnie stawiając stopy na grubszej gałęzi.
     Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
     - Okej, daj mi rękę – powiedział, wciągając ją w ułamku sekundy przed tym jak Monstrum Terra do nich dobiegł. Stwór wyglądał przerażająco bez twarzy, więc Fionna szybko odwróciła głowę.
      Idąc za wskazówkami Nicka, powoli wspinała się wyżej. Niemal nie słyszała już głuchych plaśnięć błota o ziemię i powoli się uspokajała.
    - Chyba wystarczy. To dość silne drzewo, więc nie ma obaw, że je ruszy – zapewnił, uśmiechając się wesoło.
     - To dobrze – stwierdziła Fionna, opierając się o pień.
     Na chwilę zapadła cisza. Oboje nasłuchiwali, czy potwór nadal stoi pod drzewem, ale nie słyszeli już nic, poza szumem liści. Dopiero po kilku minutach gdzieś w oddali zabrzmiał ryk przypominający skrzyżowanie słonia i lwa.
     - Narobiliśmy za dużo hałasu, musimy jak najszybciej się stąd wynosić – mruknął, a jego wesoły nastrój zastąpiła powaga.
     - Nie brzmi zbyt dobrze – przytaknęła Fionna.
     - To Wyjew, nie jest zbyt przyjaźnie nastawiony. Przypomina trochę smoka, ale nie ma skrzydeł i jest mniejszy, więc łatwo porusza się po lesie. To bardzo inteligentne stworzenie. Zapewne poczuł trzęsienie ziemi, a potem usłyszał naszą ucieczkę. Zgaduję, że teraz będzie chciał na nas zapolować – westchnął.
    - Ma jakiś słaby punkt? – spytała z nadzieją Fionna.
    - Nigdy specjalnie tego nie sprawdzałem, wystarczyło zmienić się w ptaka i odlecieć, ale tym razem coś takiego nie wchodzi w grę.
    Blondynka pokiwała głową, czując się nieco winna.
    - Nie martw się, damy radę. Wyjewy są leniwe więc możliwe, że jeśli wystarczająco się oddalimy, po prostu nas zostawi – powiedział uśmiechając się Nick.

- Miejmy nadzieję.

środa, 16 grudnia 2015

Rozdział 10, czyli bitwa na mąkę.



___________________________________________________

    Do mojego pokoju przez okno wpadł Marshall, brutalnie budząc mnie ze snu. Spojrzałam na niego krzywo, a on uśmiechnął się tylko szeroko i zamknął okno.
    - Co ty tu robisz? Istnieją drzwi - powiedziałam ironicznie.
    - Nie chciałem budzić Fionny - wyjaśnił.
    - A przed obudzeniem mnie nie miałeś żadnych oporów? - Niedowierzałam.
     Marshall usiadł na skraju łóżka i pochylił się z szerokim uśmiechem.
    - Zaspana wyglądasz całkiem słodko - stwierdził.
     Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo w tej chwili mnie pocałował. 

     Otworzyłam oczy, lustrując meble i zdezorientowana rozglądając się wokół. To był sen?
     Westchnęłam.
    - Ann! Obudź się! - Wrzasnęła zza drzwi Fionna.
    - Już nie śpię! - Zawołałam, pospiesznie się ubierając.
    - No w końcu! Ile można czekać!
    - Minęło ledwie pięć minut - stwierdziłam.
    - Zobacz! Choinka! - Powiedziała wesoło, taszcząc większe od niej drzewo.
     Podbiegłam do niej, pomagając jej wnieść roślinę do salonu, przy okazji otrzepując ją ze śniegu.
    - Mam dekoracje, pomożesz mi ją ozdobić? - Spytała radośnie Fionna, choć znając życie, zapewne i tak zmusiłaby mnie do zawieszania ozdób na gałązki.
     Wyciągnęłyśmy z kartonów srebrne bombki i zaczęłyśmy je wieszać w przypadkowych miejscach. Następnie w ruch poszły łańcuchy i lampki. 
     Po wszystkim uporządkowałyśmy pudła i zadowolone opadłyśmy na kanapę.
     Nagle usłyszałam przeciągły dzwonek do drzwi. Spojrzałam pytająco na blondynkę. Dziewczyna ruszyła zmęczona otworzyć. Ku mojemu zdziwieniu w drzwiach ujrzałam...
    - Marshall? - Zawołałam zdziwiona, choć powinnam się już przyzwyczaić.
    - Hej dziewczyny - wyszczerzył się.
    - Zaprosiłam go, żeby nam pomógł - wyjaśniła Fionna.
    - Aha - odparłam nieco zmieszana.
     Widząc jego twarz, przypomniał mi się dzisiejszy sen.
    - No więc tak. Ja pójdę dokupić parę rzeczy, a wy... - spojrzała z powątpieniem na naszą dwójkę.
    - ...upieczecie pierniczki. Tylko nie zniszczcie kuchni - zażartowała.
    - Postaramy się - prychnęłam, choć łobuzerski uśmiech Marshalla utwierdził mnie w przekonaniu, że to nie będzie łatwe zadanie.
     Pożegnaliśmy blondynkę, która wyszła razem z Cake.
    - To jak? Pierniczki? - Spytał ironicznie wampir, kierując się w stronę kuchni.
    - Nie spal niczego - zachichotałam.
    - Prędzej ty coś spalisz - stwierdził.
     Nie odpowiedziałam, wiedząc, że zapewne ma rację.
     Wyciągnęliśmy wspólnie składniki i zaczęliśmy wyrabiać ciasto.
    - Trzeba dodać trochę mąki - stwierdziłam, wsypując proszek do miski.
     Przez przypadek wypadła mi z ręki wysypując się i lądując na mojej bluzce.
     Usłyszałam Marshalla, który trząsł się ze śmiechu.
    - Spadaj! - Odparłam rozbawiona, celując w niego resztkami mąki.
    - Ty... - zaczął grobowym tonem.
     Po chwili rozpętała się prawdziwa walka na składniki pierniczków i gdy Fionna wróciła ze sklepu, omal nie dostała zawału. Chichocząc posprzątaliśmy kuchnie i dokończyliśmy pierniczki, starając się nie nabałaganić. Wyszły nie najgorzej, wię Fionna dobrodusznie wybaczyła nam wcześniejsze wybryki.
     Korzystając z pierwszej lepszej wymówki wyszłam z domu, kierując się do centrum handlowego. Miałam w planach kupić prezenty, za resztki moich pieniędzy. 
     Trudno było mi wybrać coś, co odpowiadałoby Fionnie, ale w końcu kupiłam jej niebieską sukienkę i kolczyki w kształcie śnieżynek. Dla Cake zdecydowałam się na uroczą zabawkę. Najgorzej było z Marshallem, ponieważ kompletnie nie miałam pojęcia, co mogłabym mu podarować. Zestaw do czyszczenia kłów, a może torebeczkę Rh+? 
     Po dłuższych rozmyślaniach kupiłam mu książkę i najnowszą płytę jego ulubionego zespołu. 
     Tak obładowana wróciłam do domu, sprytnie ukrywając prezenty przed przyjaciółmi w pustym koszu na śmieci.
     Dzień minął dość szybko. 

     W wigilię obudziłam się o siódmej i radośnie zbiegłam po schodach, budząc przy okazji Fionnę. Cieszyłam się jak dziecko, mogąc w końcu wrzasnąć jej do ucha ,,Wstawaj!", tak jak ona mi wcześniej. 
     Razem zajęłyśmy się potrawami, które swoją drogą wyszły całkiem nieźle.
     Byłam bardzo podekscytowana, ponieważ od dawna nie obchodziłam Świąt Bożego Narodzenia. W moim dawnym domu, radość była słowem zakazanym.
    - Teraz musimy się przebrać! Zaprosiłam kilku gości - wyjaśniła blondynka.
     Uniosłam zdziwiona brwi. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zostałam porwana do garderoby. Przymierzyłam chyba z milion sukienek, ale na szczęście znalazłam w końcu odpowiednią.
      Po ogólnych przygotowaniach, razem z Fionną udekorowałyśmy pokój świątecznymi lampkami i nakryłyśmy do stołu.
     Do domu zawitali pierwsi goście, którymi okazali się być Królewna i Książę Ognia. Nie znałam ich zbyt dobrze, ale wydawali się być w porządku.
     Kolejną osobą, która przyszła, był Marshall. Nosił jak zawsze ciemno-czerwoną koszulę, a we włosach lśniły jeszcze płatki śniegu.
     Przywitaliśmy się ze wszystkimi, a następnie zasiedliśmy do stołu. Zostały jeszcze dwa wolne miejsca, co bardzo mnie zaintrygowało.
     Moje przemyślenia przerwał natarczywy dzwonek do drzwi. Fionna podbiegła radośnie otworzyć. Do środka wszedł...
    - Gumball - szepnęłam wystraszona, instynktownie przysuwając się do Marshalla.
    Wampir zmierzył Balonowego groźnym wzrokiem, na co różowy zadrżał. Zauważyłam, że miał podbite oko.
      Popatrzyłam podenerwowana na Marshalla. Przysunął mnie do siebie, otaczając opiekuńczo ramieniem.
     Fionna nie zdając sobie sprawy z naszych odczuć, zaprosiła go wesoło do środka. W pomieszczeniu zapanowała nerwowa atmosfera.
     Gumball przywitał się z innymi, celowo pomijając naszą dwójkę. Postanowiłam go zignorować, ponieważ to święto było dla mnie zbyt ważne, aby przejmować się takimi rzeczami.
     Wymieniliśmy się opłatkiem. 
      Fionna spojrzała na mnie rozbawiona i dopiero teraz spostrzegłam, że siedzę wtulona w Marshalla.
      Czerwona odsunęłam się trochę, odwracając wzrok.

     Wigilia minęła dość szybko. Było bardzo klimatycznie. Dostałam kilka prezentów, które planowałam wieczorem odpakować i zjadłam mnóstwo naprawdę dobrego jedzenia. Śpiewaliśmy przy stole kolędy, aż w końcu Książę Ognia wpadł na genialny pomysł bitwy na śnieżki. Zdziwiło mnie to, że lubi śnieg, ale z chęcią przystałam na jego propozycję.
     Podzieliliśmy się na dwie grupy: Fionnę, Księcia Ognia i Gumballa, przeciwko mnie, Marshalla i Królewnę Ognia.
     Obrzucaliśmy się śnieżkami przez dobrą godzinę i w ostateczności wygraliśmy, przez szaleńcze ,,Tornado" śniegu, które zrobił wampir.
      Zauważyłam, że większość jego pocisków trafia celnie w różowego, co bardzo poprawiło mi humor. 
      Zmarznięci wróciliśmy do domu, rozmawiając wesoło na różne tematy. Było całkiem zabawnie, choć dotkliwie odczuwałam chłód panujący na dworze.
     Wkrótce z Fionną pożegnałyśmy gości i zadowolone posprzątałyśmy salon. Po dzisiejszym dniu byłam bardzo zmęczona i dość szybko pożegnałam się z blondynką.
     W pokoju czekały na mnie dwa prezenty, jak się domyśliłam od Marshalla i Fionny. W pierwszym znalazłam śliczny, beżowy, długi sweter. Na dnie pudełka widniała starannie złożona kartka z krótkim liścikiem od blondynki:

,,Chciałam kupić ci coś ładniejszego, ale pomyślałam, że będziesz wolała coś cieplejszego. W zamian wyrzuć tą szarą bluzę, dobrze?"

     Zachichotałam chowając prezent do szafy.
     Kolejny był owinięty czarnym papierem i ozdobiony ciemnoczerwoną wstążką. Zaciekawiona uchyliłam wieczko i ujrzałam piękny, lśniący naszyjnik. Nigdy nie lubiłam tego typu ozdób, ale tym razem musiałam zrobić wyjątek.

     Wisiorek był naprawdę śliczny. Miał zawieszkę w postaci krwistoczerwonego serca i niesamowicie lśnił mimo że, w pokoju nie było zbyt dużo światła. Podejrzewałam, że nie był tani. 
     W pudełku znalazłam również dwa bilety na koncert. Uśmiechnięta schowałam wszystko do szuflady biurka, biorąc uprzednio kartkę z nabazgranymi pospiesznie życzeniami:

,, Wszystkiego najlepszego, Ann! Nie mogę się doczekać, aż zobaczę cię w tym naszyjniku!"

     Radośnie przebrałam się w piżamę i zmęczona zasnęłam kami: nym snem. Modliłam się w duchu, aby Fionna nie obudziła mnie zbyt wcześnie.



R: Ona przynajmniej nie musi wstawać rano do szkoły ;-;
K: Spokojnie Rose, niedługo będą ferie xD
R: Może jak będziemy miały wolne, to napiszemy coś mądrzejszego :/
K: ...bo jak na razie strasznie nudno i dziwnie wyszło :c
R: Zawsze tak wychodzi >.<
K: Bo my to piszemy xD
R: Oj tak! Dwie chore psychicznie wariatki w połączeniu z klawiaturą... Mieszanka wybuchowa.
K: Nie mów nic o mieszankach! Chemia ciągle mnie prześladuje :c
 R: Ps. wiem, że rozdział miał być w poniedziałek, ale niestety przedłużyło się to nieco o 2-3 dni, ponieważ miałyśmy w ostatnim czasie ważne sprawdziany. (Nie, żebym się do nich uczyła. Ta książka z napisem ,,Matematyka'' mnie przeraża. Boje się treści, znajdujących się w środku >.<)  
   Drugim powodem było to, że jestem łamagą, a konkretniej przez moje wyczyny na koszykówce, muszę mieć usztywnioną rękę i z dwoma wolnymi palcami w prawej, trochę trudno jest pisać ;-;
K: Takie problemy tylko z tobą <3
R: <3








niedziela, 13 grudnia 2015

Rodział 9, czyli Filii Saltus.

     Po koncercie dołączył do nas Marshall. Wróciliśmy autem Fionny. Wciąż trwałam w oszołomieniu po tym, jak usłyszałam głos wampira.
     - Wydarzyło się coś ciekawego? - Spytał nagle chłopak.
     - Nuda – westchnęła Fionna.
     - Ja w sumie znalazłam coś ciekawego – stwierdziłam przypominając sobie o książce.
     Oboje spojrzeli na mnie pytająco, więc opowiedziałam im wszystko ze szczegółami. Byli nią bardzo zaintrygowani, więc po powrocie od razu pokazałam im stary tom.
     - Jak to się otwiera? - Spytał wampir marszcząc brwi.
     - Daj to – odparła Fionna, zabierając mu księgę i podważając rzemyki paznokciami.
      W końcu z westchnieniem odebrałam im tom i jednym płynnym ruchem otworzyłam go na przypadkowej stronie.
     - Jak? - Spytała zdenerwowana Fionna.
     Zachichotałam w odpowiedzi. Nie często widziałam ich tak bezsilnych.
      - W jakim to języku? Nie mogę tego odczytać – zirytował się wampir, lustrując stronice.
      - Nie możesz? - Spojrzałam mu przez ramię, ale nie dostrzegłam nic dziwnego. Tekst był napisany normalnie i z łatwością mogłam go odczytać.
      - Co zawiera ta księga? - Spytał Marshall.
      - Zaklęcia, znalazłam ją nad jeziorem – wyjaśniłam.
      - Cóż prawdopodobnie jest to ukryte pismo. Zastanawia mnie natomiast, dlaczego tylko ty możesz je odczytać – odparł.
       - Może ma to związek z tym, że jako jedyna z was mam kontakt z magią? Co prawda jest to iluzja, ale zawsze coś...
       - Może. Moglibyśmy jutro rozejrzeć się w miejscu, w którym to znalazłaś.
      - Dobry pomysł! - Zgodziła się blondynka.
      Skinęłam głową. Byłam bardzo zaintrygowana nowym odkryciem.




* Następny dzień *

      Po południu odwiedziliśmy miejsce, w którym znalazłam księgę. Nie znaleźliśmy tam nic ciekawego.
     Nagle ciszę przerwał świergot dwóch ptaków. Przypomniał mi się ten o czarno-złotych piórach, ale te śpiewały trochę głośniej i ostrzej. Jeden z nich miał biało-niebieskie ubarwienie, a drugi był brązowy z lekką domieszką fioletowego. Wylądowały na gałęzi kilka metrów dalej.
      Jeden z nich nagle poderwał się do góry i zaczął tak szybko latać, że wyglądał jak jasna, niewyraźna plama. Drugi zrobił to samo. Przyglądałam się im ze zdziwieniem. Nigdy nie zaobserwowałam takiego zachowania u ptaków.
     ,,Plamy” zaczęły się niewyobrażalnie powiększać i po chwili nabrały ludzkich kształtów. Dwóch mężczyzn wylądowało miękko na trawie, żartując i przepychając się nawzajem. Patrzyłam na to z otwartymi ustami. Czy te ptaki naprawdę zmieniły się w ludzi?
      Nieznajomi wymówili ,,Kwiat Przebiśniegu” i po chwili zniknęli mi z oczu. Naprawdę. Zupełnie jakby nigdy tam nie stali.
     Zerknęłam nerwowo na moich towarzyszy, ale po ich minach wywnioskowałam, że to nie było przewidzenie.
     - Idziemy tam? Jestem pewna, że jak powiemy ,,Kwiat Przebiśniegu” to coś się stanie – powiedziała zafascynowana Fionna.
     - To robi się coraz dziwniejsze – mruknął pod nosem wampir.
      Podeszliśmy do miejsca, w którym zniknęli dwaj mężczyźni.
      - Dobra, na trzy – powiedziałam podekscytowana.
      - Raz...
      - Dwa...
      - Trzy!
     Wymówiliśmy jednocześnie hasło. Poczułam kujący ból w okolicach głowy, a obraz rozmazał się, jakbyśmy poruszali się z zawrotną szybkością. Po trzydziestu sekundach stałam w zupełnie innym miejscu. To również był las... ale zupełnie inny, wydawał się magiczny. Liście drzew miały tu morski odcień, a z ziemi wyrastały rośliny, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Zauważyłam do góry wiszące na drzewach mosty. Łączyły one wybudowane tam domki. Obserwowałam tą konstrukcję z podziwem. Całe to miejsce było naprawdę fascynujące.
      - Człowiek! - Zawołał ktoś.
      Z drzewa zeskoczyła dziewczyna o intensywnie niebieskich oczach i krótkiej, rudej fryzurce.
       - Kim jesteście? - Spytała ostrym tonem.
       - Kto wpuścił tutaj ludzi? - Warknął jakiś chłopak lądując obok dziewczyny.
       - Trzeba ich zaprowadzić do władcy! - Zarządził mocno zbudowany brunet pojawiając się nagle za moimi plecami.
       Próbowałam coś powiedzieć, ale w odpowiedzi rudowłosa skierowała wyciągnięty zza pasa nóż w stronę mojego gardła. W milczeniu przeszliśmy kilka metrów, a następnie zaprowadzono nas do dużego, drewnianego domu. Marshall próbował odtrącić straże, ale wkrótce zabrało się tylu strażników, że dał sobie spokój.
     Pełna niepokoju weszłam do środka, nerwowo rozglądając się na wszystkie strony. Nie za bardzo rozumiałam co tu się dzieje, ale nie zapowiadało się dobrze. Zostaliśmy zaprowadzeni do wielkiego, pomalowanego na złoto pomieszczenia. Przy stole siedział starszy mężczyzna. Wiszący na jego szyi zielony diament, zwracał sporą uwagę.
      - Kim jesteście? - Spytał spokojnie.
      - Nazywam się Ann, a to moi przyjaciele – wyjaśniłam
      - Jak się tu dostaliście? - Drążył.
      - Powiedzieliśmy hasło – odparł poirytowany Marshall.
      - Wampir – mruknął do siebie starzec, patrząc zaciekawiony na naszą trójkę.
       - Czy Ann to twoje pełne imię?
       - Nie, nazywam się Anabell – odparłam zgodnie z prawdą.
       - Jak nazywa się twoja matka?
       - Didyme.
      Mężczyzna pokiwał głową, a jego twarz lekko się rozpromieniła.
      - To już ostatnie moje polecenie, Ann. Spójrz na mnie – poprosił.
      Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie do końca rozumiałam o co w tym chodzi, ale te pytania powoli zaczęły mnie irytować.
      - Puśćcie ich – rozkazał.
      Strażnicy odsunęli się od nas na kilka kroków, patrząc nieufnie na naszą trójkę.
       - To córka jednej z pięciu – wyjaśnił.
       Rudowłosa dziewczyna pochyliła się nade mną zaciekawiona.
       - Faktycznie, ma oczy jak jedna z nas – zgodziła się.
       - Co nie zmienia faktu, że razem z nią jest dwójka ludzi – odparł chłodno brunet.
       - Jestem wampirem – prychnął Marshall, patrząc pogardliwie na osiłka.
       - Spokojnie – nakazał starzec.
        Spojrzeliśmy w jego stronę.
       - Chciałbym, abyś wytłumaczyła mi dokładnie jak dostałaś się do tej krainy. Trevor, Max, możecie już iść. Nie potrzebuję ochrony – rozkazał mężczyzna.
      Obaj nieco zirytowani wyszli, zostawiając z nami tylko rudowłosą dziewczynę.
      Opowiedziałam władcy w skrócie ostatnie wydarzenia. Był bardzo zdziwiony tym, że nie miałam pojęcia kim była moja matka, ani o co chodziło z działalnością Garhota.
       - Cóż... widzę, że Didyme trzymała cię w niewiedzy. Postaram się wyjaśnić wam w skrócie wszystko, pewnie jesteście bardzo zagubieni.
       Podziękowałam mu serdecznie. Nadal nie wiedziałam o co tu chodzi i skąd znał moich rodziców, ale miałam nadzieję, że wyjaśni mi wszystkie dotychczasowe tajemnice.
       - Mam dużo ważnych spraw, dlatego opowiedzenie o tej krainie powierzam tobie Lucy. Zaprowadź ich do chatki dla gości – powiedział władca, na co rudowłosa pospiesznie skinęła głową.
      Ruszyliśmy całą trójką na zewnątrz, w stronę dużego, potężnego drzewa.
      - To jest serce Krainy. Nazywamy to drzewo ,,Luna” czyli księżyc po łacinie. Tutaj można najłatwiej wejść do strefy, w której znajdują się domy. Łączy całą wioskę Filii Saltus – dzieci lasu – wyjaśniła wchodząc po wiszącej na drzewie drabinie.
      We wspinaniu musiał pomagać mi Marshall, ale w końcu daliśmy radę wspiąć się na szczyt. Starałam się nie patrzeć w dół, gdyż byliśmy naprawdę wysoko.
       - Dlaczego Dzieci Lasu? - Spytałam.
       - Jesteśmi przywiązani do natury, dzięki niej czerpiemy siłę do uprawiania magii. Nasz ród odznacza się intensywnie niebieskimi oczami. Ładne są, co nie? - Spytała wesoło.
       Skinęłam głową.
       - W tej wiosce jesteśmy podzieleni na kilka grup. Najważniejszy jest władca, którego co kilkaset lat wybiera Luna. Niżej postawione jest Pięć. W skład tej grupy wchodzi jak się pewnie domyślasz pięciu najważniejszych magów. Twoja matka tam należała. Jeszcze niżej z kolei są strażnicy, którzy mają zadanie pilnować wioski przed nieproszonymi gośćmi. Dlatego zareagowaliśmy tak nerwowo. Potem jest cała reszta, która nie należy do żadnej z grup – wyjaśniła.
      - Dlaczego tak bardzo obawiacie się obcych? - zdziwiłam się.
      - Kiedyś, gdy ludzie wiedzieli o naszym istnieniu, często polowali na nasze wioski, chcąc posiąść naszą magię – wyjaśniła z goryczą w głosie.
      Fionna zmarszczyła brwi. Zapewne nie podobał jej się fakt, że nie jest tu mile widziana. Marshall milczał, próbując przyswoić sobie nowe informacje.
       Weszliśmy do jednego z wielu drewnianych domków umieszczonych na drzewach. W środku był salon, mała kuchnia i drzwi prowadzące jak się domyślałam do łazienki.
     - Usiądźcie, możecie zadawać pytania – powiedziała Lucy, sadowiąc się wygodnie na podłodze.
      - Wytłumacz mi jaki udział w tym wszystkim miał... Garhot – odparłam, z bólem wymawiając jego imię.
      - Demony – prychnęła. - Od lat polują na Dzieci Lasu, ponieważ widzą w nas zagrożenie. Celami ich ataków są głównie potężniejsi magowie. Garhot od lat marzył o zabiciu Pięciu. Niestety Didyme z natury była bardzo nieufna. Ożenił się z nią, żeby go zaakceptowała. Resztę pewnie już znasz – westchnęła.
      - To tym były te kartki w lesie? Listą osób do zabicia? - powiedział Marshall.
     - Nie widziałam ich, ale pewnie tak. Ostatnio cała wataha zgromadziła się dość blisko naszej krainy, więc mieliśmy sporo roboty.
     - Zabiliście Garhota? - spytałam z nadzieją.
     Rudowłosa skinęła głową.
      - A ukryte pismo? Dlaczego zaklęcia może odczytać tylko Ann? - powiedziała Fionna.
      - Dla bezpieczeństwa. Są zapisane leśnymi runami, które mogą odczytać tylko nasze oczy.
      - Ptaki? Naprawdę zmieniacie się w zwierzęta?
      - Większość tak. Niektórzy nie potrafią opanować tej umiejętności, ale owszem, posiadamy możliwość zmieniania kształtu – odparła wesoło Lucy.
      Zamknęła oczy, a jej twarz przybrała wyraz skupienia. Chwilę potem jej sylwetka rozmyła się i zmieniła kształt. Gdy stanęła na podłodze, była małym, zielono-czerwonym ptakiem. Znowu się rozmyła i przybrała swoją ludzką formę.
      - Już chyba wystarczy tych pytań, mam dość – westchnęła.
      - Dziękuje, że nam odpowiedziałaś.
      - W razie czego, możecie tu przychodzić. Władca was zaakceptował, nawet ciebie – odparła rudowłosa patrząc na blondynkę.
       - Tak, nawet mnie – powtórzyła cierpko.
       - Jak się stąd wydostać? Mamy znowu powiedzieć ,,Kwiat Przebiśniegu”?
        - Powiedzcie ,,Zielony diament”. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nas odwiedzicie – powiedziała uśmiechając się szeroko.
        Skinęłam głową. Wypowiedzieliśmy hasło i chwilę później znaleźliśmy się w na polanie. Od nadmiaru informacji rozbolała mnie głowa. Nadal trudno było mi uwierzyć w istnienie Filii Saltus, ale tego dnia otrzymałam odpowiedzi na wiele dręczących mnie pytań.
        Wróciliśmy do domu w sam raz, aby odebrać zakupione przez Fionnę meble. Na szczęście w ustawianiu pomógł nam Marshall, więc poszło całkiem szybko.

Na dworze zaczął sypać śnieg. W ostatnim czasie tyle się wydarzyło, że nie zauważyłam zbliżających się świąt. Poczułam miłe uczucie w sercu na myśl o Bożym Narodzeniu. Nie mogłam się doczekać wigilii.



R; Rozdział jak pewnie widać zakończony nieco na siłę, za co pokornie przepraszamy :/
K: Ogólnie ten rodział jest jakiś beznadziejny ;-;
R: Jak każdy xD
K: To wina lamp i kakao od podejrzanych pań >.<
R: Kat, spokojnie. Nikt nie wie o co ci chodzi xD
K: Może to nawet lepiej...
R: Swoją drogą pozdrawiamy serdecznie Mirami, Clarę M oraz Czytelniczkę <3 Wasze komentarze są wspaniałe :*
K: Ps. Nie wiemy czy te łacińskie nazwy są do końca poprawne, więc jak coś, to prosimy o wybaczenie xD
R: A rodział krótki, bo prawdopodobnie w ten poniedziałek pojawi się 10.

wtorek, 8 grudnia 2015

Rozdział 8, czyli kolejne anomalie xD


    - Wstawaj śpiochu! - Zachichotał ktoś.
     Wymruczałam coś niewyraźnie i przekręciłam się na drugi bok.
    - To ostatnie ostrzeżenie! Mam poduszkę i nie zawaham się jej użyć!
     Poirytowana podniosłam się do pozycji siedzącej i zaspana otworzyłam oczy. Nade mną stała Fionna z rozbawioną miną.
    - Powiedz chociaż, że miałaś jakiś ważny powód, żeby budzić mnie tak wcześnie - powiedziałam wstając.
    - Oczywiście! To jest okropnie ważne! - Wykrzyknęła podekscytowana.
      Uniosłam zdziwiona brwi.
    - Idziemy na zakupy - wyjaśniła. - Ubierz się i zejdź na śniadanie.
    - Nie możesz iść z kimś innym? - Spytałam błagalnie.
     Wizja przymierzania setek ubrań nieco mnie przerażała. 
    - To niemożliwe! Poza tym nie będziemy kupować ciuchów.
    - To co zamierzasz kupić? - Spytałam nieco podejrzliwie.
    - Meble - wytłumaczyła mi blondynka.
    - Meble?
    - Musimy urządzić ci pokój! Zobaczysz, jestem naprawdę świetnym architektem.
    - Och, naprawdę nie musisz. Głupio mi, że zajęłam ci tyle miejsca, więc nie czułabym się dobrze gdybyś postanowiła mi jeszcze urządzić wnętrze - odparłam szczerze.
    - To nic wielkiego. Lepiej się zgódź, bo bez względu na twoją opinię i tak to zrobię. Strasznie podobały mi się katalogi, które widziałam ostatnio w sklepie – odparła ignorując mnie całkowicie.
Westchnęłam i zaczęłam przekopywać moją walizkę w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym założyć.
     - Swoją drogą, możemy również kupić trochę ubrań... - zaczęła, patrząc krytycznie na szarą bluzę, którą wyciągnęłam.
      - Nie! - Palnęłam.
      - Spokojnie, spokojnie – zachichotała blondynka.



*Z perspektywy Marshalla*

      Obudziłem się dzisiaj dość późno. Zegarek wskazywał 12:23, uparcie każąc mi wstać. Byłem nieco zmęczony, po wczorajszym dniu. Miałem sporo na głowie licząc wizytę w banku krwi, stado sierściuchów (dop.aut. Wybaczcie za ten potoczny wyraz xD) i chorego psychicznie demona, który postanowił porwać swoją córkę. W dodatku całą wczorajszą noc spędziłem na patrolowaniu lasu pod postacią nietoperza. Na szczęście po stadzie nie było ani śladu. Dzisiaj planowałem ponownie odwiedzić ,,bazę'' Garhota i upewnić się, że i tam zieje pustkami. 
     Ubrałem się, odświeżyłem i wypiłem cały litr Rh-, a następnie wyszedłem z domu kierując się w stronę drzew.
Po trzydziestu minutach byłem na miejscu. Otworzyłem małe drzwi obrośnięte bluszczem i zeszedłem do piwnicy, w której wcześniej zamknięto Ann. Na sam widok ceglanych ścian i otaczającej pomieszczenie ciemności, przeszły mnie ciarki. Nie dostrzegając niczego nowego skierowałem się do wyjścia, a potem do kolejnych drzwi. Pokonałem wąski korytarz i znalazłem się w sercu tego budynku – bazie. Niemal od razu dostrzegłem brak walających się po podłodze kartek. Krew także zniknęła wraz ze śladami uderzeń. Pokój wyglądał zupełnie niegroźnie. Zaintrygowany rozejrzałem się, ale nawet po dokładniejszych oględzinach nic nie znalazłem. Zawiedziony wróciłem do domu, myśląc intensywnie nad wyjaśnieniem tych dziwnych spostrzeżeń.
    *Ponownie perspektywa Ann*

    Wykończona wróciłam do domu późnym popołudniem. Fionna trzymała w ręku tryumfalnie listę mebli, które udało jej się zamówić. Urządzanie pokoju było całkiem fajną zabawą, ale kilkugodzinne włóczenie się po sklepach nie należało do moich ulubionych zajęć.
     Postanowiłam znów udać się nad jezioro. Na szczęście udało mi się szybko wyjść, ponieważ blondynka była zajęta kartkowaniem gazety z paletami barw. (dop.aut Jest taka? Jak nie ma, to udawajmy, że jest xD)
      Skierowałam się w miejsce, w którym wczoraj widziałam długowłosą, nieznajomą dziewczynę. Nie wiem dlaczego to zrobiłam, można powiedzieć, że byłam nieco zaintrygowana. Usiadłam leniwie na trawie i zlustrowałam wzrokiem otaczającą mnie naturę. To miejsce było naprawdę piękne.
     Nagle usłyszałam wysoki, świergotliwy głosik. Należał z pewnością do ptaka, ale nigdy nie słyszałam podobnego śpiewu. Zdziwiona wstałam i podeszłam do skraju lasu. Zwierzę na pewno było niedaleko.
Zaciekawiona weszłam odrobinę dalej, mijając rozłożyste drzewa. Głosik nasilał się z każdą chwilą.
     Po minucie, dostrzegłam w końcu złotawy błysk na gałęzi wysokiego świerku. Przyjrzałam się i ujrzałam właściciela ów niebiańskiego śpiewu. Ptak był naprawdę niesamowity i byłam pewna, że w żadnym z atlasów nie pojawił się równie śliczny. Zwierzę miało czarne pióra, które przy końcach przechodziły w połyskliwe złoto, a cała jego sylwetka skojarzyła mi się z dumną postawą króla.
     Zafascynowana zrobiłam krok do przodu, ale poczułam otępienie i po chwili stałam kilka metrów dalej. Zdziwiona ponowiłam próbę podejścia do ptaka, ale tym razem także odepchnęło mnie o kilka metrów do tyłu. Potknęłam się o jeden z korzeni drzew i runęłam na ziemię, czując ostry ból w górnej partii pleców. 
     Okazało się, że upadłam na książkę, choć lepszym określeniem byłaby księga. Miała pożółkłe od starości strony i grubą, skórzaną okładkę. Treści strzegły dwa paski rzemieni zakończone dziwnie skonstruowanym zamkiem. Tom zdobiły również w różnych miejscach ładne, zwijane ornamenty. 

      Wstałam i otrzepałam się z ziemi. Nie mogąc się powstrzymać otworzyłam księgę i zaciekawiona spojrzałam na strony. Tom otworzył się dość łatwo, rzemienie pod dotykiem moich palców momentalnie ustąpiły ukazując mi dziwne stronice pokryte drobnym, pełnym zdobień pismem. Zmrużyłam oczy i z trudem odczytałam kilka zdań. Formułki brzmiały zupełnie jak zaklęcia. 
     Spróbowałam jednego z nich i zaniemówiłam. Zadziałało, naprawdę zadziałało! Z ziemi wyrósł duży, fioletowy kwiat zbliżony kształtem do tulipana. Wiem, że nie powinno być to dla mnie zdziwieniem, w końcu sama posiadałam moc, ale dotąd była to tylko i wyłącznie iluzja. 
    Ochoczo przeczytałam na głos również drugie zaklęcie, tym razem zmieniające roślinę w zwierzę, ale nie podziałało. Zniechęcona próbowałam z kilkoma na podobnej zasadzie, ale nic się nie wydarzyło. Szły mi tylko te łatwe.
     Zawiedziona wróciłam razem z książką do domu. Podejrzewałam, że mogła należeć do długowłosej dziewczyny, którą tu ostatnio spotkałam. Mimo wszystko uznałam, że na razie ją przechowam, a przy okazji oddam nieznajomej.


    *Tak około dwudziestej, nadal perspektywa Ann *

     - Ann! Idziemy! - Zawołała Fionna poprawiając swoją skórzaną kurtkę. 

       (Strój Fionny)


     - Chwilę!
     Zasznurowałam moje czarne, stare glany i odłożyłam księgę na biurko. Chciałam ją dzisiaj przejrzeć, ale propozycja koncertu była niepowtarzalna. Irytował mnie tylko fakt, że dziewczyna nie chciała mi wyjaśnić kto będzie śpiewał.
    - Jak tak dalej pójdzie, to przyjdziemy w sam raz na ostatnią piosenkę – powiedziała sarkastycznie.
     - Już! - Odparłam uśmiechając się szeroko i wychodząc na dwór.
     Blondynka zlustrowała mój ubiór, ale się nie odezwała. Nie byłam pewna czy to dlatego, że tym razem spełniłam jej wymagania, czy po prostu nie miała już siły mnie upominać. 

                                                               (Strój Ann)


     Po dwudziestu minutach jazdy autem dojechaliśmy do celu. Trochę dalej widziałam oświetloną scenę, a wokół roztaczał się niewyobrażany tłum.
     - Chodź, nasze miejsce jest tam! - Wskazała Fionna.
     Podążyłam za nią uradowana. Nie wiedziałam skąd zdobyła bilety dla VIPów, ale z wygodnych foteli w pierwszym rzędzie widziałam dokładnie całą scenę, co bardzo mi odpowiadało. Na środek weszło kilku muzyków.
      - Zaraz przyjdzie wokalista – zachichotała blondynka.
        Zmarszczyłam brwi. O co jej chodziło?
      - Ale... - zaczęłam.
      - Patrz!
      Zerknęłam na scenę i dosłownie mnie zamurowało. M-Marshall? Tego się nie spodziewałam.

      Moje rozmyślania przerwał wybuch śmiechu Fionny. Spojrzałam poirytowana na chichoczącą blondynkę, ale zanim zdążyłam rzucić jakąś ciętą ripostą, rozległy się pierwsze nuty piosenki. Słuchałam jak zaczarowana. Nigdy się nie spodziewałam, że Marshall potrafi tak pięknie śpiewać. Miał ciepły, melodyjny głos idealnie wpasowujący się w rytm piosenki. To był naprawdę cudowny koncert.




R: Przepraszamy za tak beznadziejny rozdział, ale dzisiaj naprawdę mamy zły dzień :/
K: Spróbujcie przeoczyć te wszystkie błędy i udawać, że jest okej :)
R: A najlepiej to przeoczcie cały rodział, jest beznadziejny ;-;
K: Może w dziewiątym wyjaśnimy te wszystkie dziwne rzeczy, dlatego bądźcie cierpliwi ^^
R: ...Bo znając życie, znowu nie napiszemy w terminie xD
K: Mogę się o to założyć :').
R: A tak poza tym, to kto się spodziewał Marshalla na scenie? 
K: Ja!
R: Ty się nie liczysz xD
K: Foch.
R: <3

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Kiedy ósmy rozdział?!?

Obiecujemy, że jutro około 17 pojawi się następny rozdział. Po prostu przypadkowo usunęła nam się znaczna część tekstu i nie mamy dzisiaj cierpliwości, żeby pisać to od nowa :c Mamy nadzieję, że nas zrozumiecie i przepraszamy za trzy dniowe opóźnienie :/