czwartek, 24 grudnia 2015

Rozdział 11, czyli śmiertelna diagnoza, Nasiono Demona i wyprawa Fionny.

    Obudziłam się dzisiaj z potwornym bólem głowy.  Było mi strasznie zimno, choć tkwiłam pod grubą, ciepłą kołdrą.                                                  
    Powoli wstałam, walcząc z narastającymi zawrotami. Czułam się okropnie.
    Ktoś zapukał do drzwi.
     - T-tak? – Spytałam drżącym z zimna głosem.
    Do pokoju weszła Fionna.
     - Wszystko ok? Jest już dwunasta – zaniepokoiła się.
     - Dwunasta? – Zdziwiłam się.
     - Tak. Nie chciałam cię budzić, ale przyszedł Marshall – wyjaśniła.
     - Zaraz zejdę – obiecałam.
     - Na pewno wszystko ok? Jesteś strasznie blada – zmartwiła się.
     - Chyba dobrze – odparłam, ale nie zabrzmiało to zbyt przekonująco.
     - Długo jeszcze będziecie gadać? Bo nie mam się z kogo nabijać – zażartował wampir, zaglądając przez ramię blondynki do mojego pokoju.
     - Wydaję mi się, że ona jest chora – powiedziała blondynka, patrząc na mnie z dezaprobatą.
     Wampir zlustrował mnie wzrokiem.
    - Ma przyspieszony puls, dreszcze, prawdopodobnie gorączkę, niskie ciśnienie i pewnie kręci jej się w głowie. Na bank jest chora – odparł Marshall.
     Spojrzałam na niego jak na zdrajcę. Skąd on to wszystko wiedział?
    - Wampiry mają ulepszone zmysły – powiedział, jakby czytał mi w myślach.
    Po takiej diagnozie zostałam momentalnie, niemal siłą zaciągnięta pod kołdrę. W ciągu dnia odwiedził mnie nawet doktor, ale nie potrafił stwierdzić, co mi dolega.
    Następnego dnia zaczęłam kaszleć krwią, a potem nasilił się ból głowy. Marshall i Fionna nie odstępowali mnie nawet na krok. Było mi z tego powodu bardzo miło, ale według mnie zachowywali się trochę nadopiekuńczo.
     - Mam pomysł! – Zawołał nagle tryumfalnie Marshall.
     Ja i blondynka spojrzałyśmy na niego zdziwione.
     - W sumie… Ann jest tym Filii Saltus czy coś, więc może oni będą wiedzieć, co jej jest.
     Fionna skinęła głową, choć widać było, że kolejne spotkanie z Dziećmi Lasu nie napawało ją entuzjazmem. Zapewne drażnił ją fakt, że jako człowiek nie jest tam zupełnie mile widziana.
    - Możemy spróbować – stwierdziłam.


    *Godzinę później*

    Stanęliśmy przed ,,uzdrowicielem”, którym okazał się być niski, tęgi mężczyzna o miłej twarzy i pogodnych oczach.
    Zbadał mnie bardzo szybko i po długich namysłach stwierdził w końcu, że prawdopodobnie wie, co mi dolega.
    - Tak jak sądziłem, stworzyły się komplikacje – westchnął, a w jego oczach dało się zauważyć smutek.
    - Komplikacje?
    - Tak, jesteś córką maga i demona, to może bardzo namieszać – wyjaśnił.
    - Czyli? – Zirytował się Marshall.
    - Natura demona stara się przejąć kontrolę nad naturą Filii Saltus, stąd te objawy – wytłumaczył.
    - Jak można temu zapobiec? – Zapytałam w przerwie między kaszlem.
    - Oh… - uzdrowiciel westchnął smutno i wiedziałam, że to nie będą dobre wieści.
    - Proszę mówić! – Nalegała podenerwowana Fionna.
    - Taka wewnętrzna walka jest nieuleczalna. Prawdopodobnie zostało ci… mało czasu.
     W pomieszczeniu zapadła męcząca cisza. Marshall zacisnął pięści tak mocno, że pobielały mu kłykcie, a Fionna zszokowana podparła się ściany, żeby się nie przewrócić. Ja stałam nieruchomo, nie mogłam przyjąć do wiadomości tego, co przed chwilą usłyszałam.
    Pierwsza odezwała się blondynka:
    - Ale musi być jakiś sposób! – Zawołała niemal błagalnie.
    Mężczyzna zamyślony usiadł na krześle. Swój wzrok skierował na małe okno.
     - W zasadzie jest jeden, ale może być dość niebezpieczny – powiedział w końcu.
     - Jaki? – powiedzieliśmy niemal jednocześnie.
     - Połknięcie jednego z owoców Nasiona Demona. Nasiono Demona jest niezawodną trutką na wszelkiego rodzaju demony, ale rośnie bardzo rzadko. Po zażyciu miesza złym istotą w ich osobowości i  neutralizuje ich złą stronę. Następnie ,,wysysa” ich życie i niszczy organizm sprawiając, że umierają.
    - Nie da się jakoś obejść tej drugiej części? – Spytałam z nadzieją.
    - Istnieje możliwość, że natura Filii Saltus przeciwstawi się roślinie i z nią wygra, ale trzeba brać pod uwagę drugie zakończenie.
    - Gdzie rośnie Nasiono Demona? – Spytał Marshall z determinacją.
    - Demony skutecznie poniszczyły większość z nich, uważając się za niezniszczalnych, ale w tej krainie istnieje jedno wzgórze, na którym prawdopodobnie są – wyjaśnił.
    - Chyba lepiej, gdybym spróbowała je zażyć – stwierdziłam.
    Fakt mojej prawdopodobnej śmierci, jakoś nie mógł do mnie dotrzeć. Zadrżałam i zakaszlałam wyczerpana.
     - Jest tu gdzieś może mapa? – Spytał wampir.
     - Jest, ale z pewnością jej nie potrzebujesz. O ile wiadomo jesteś wampirem i choć nie masz tylu skłonności do agresji co twoi pobratymcy, nadal zaliczasz się do demonów. Przebywanie w jej zasięgu, może źle na ciebie wpłynąć.
     Marshall wzruszył ramionami.
    - Nigdzie nie idziesz! – syknęłam mu do ucha.
    - Najlepiej będzie, jeśli ja pójdę – odezwała się Fionna.
    Uzdrowiciel skinął głową.
    - Tak, człowiek z pewnością nie będzie miał z tym trudności. Dołączy do ciebie Nick. Chłopak zna ten las jak własną kieszeń – powiedział, a w jego oczach błysło rozbawienie.
    Fionna lekko się skrzywiła. Zapewne nie podobał jej się fakt, że będzie musiała spędzić czas z kimś z tej wioski.
    - Niech będzie – odparła w końcu.
    - Czy ta wyprawa będzie w jakiś sposób niebezpieczna? – Spytałam zmartwiona.
    Nie chciałam, aby blondynka musiała się przeze mnie poświęcać.
    - W okolicach wzgórza mieszka dużo dziwnych i dzikich zwierząt, oraz rośnie kilka zagrażających życiu roślin, ale Nick je zna, więc chyba nie będzie problemu – powiedział spokojnie mężczyzna.
    Skinęłam z ulgą głową.


* Tak kilka godzin później (narracja trzecio-osobowa)*

    Fionna i Nick kończyli pakować plecaki z niezbędnymi rzeczami. Chłopak był bardzo wesoły i co jakiś czas wycinał blondynce numery, co bardzo ją irytowało, choć w głębi duszy cieszyła się, że tą wyprawę przyjdzie jej spędzić właśnie z nim.
    Nick był wysoki i zwinny. Miał duże, niebieskie oczy oraz szopę czekoladowych loków, które wyglądały całkiem uroczo.
    W końcu żegnając się z Marshallem i opartą o niego, zmęczoną Ann, wyruszyli w głąb lasu. Fionna rozglądała się ciekawie na boki, pytając co jakiś czas o wyjątkowo dziwne rośliny, które spotkała po drodze. Nick okazał się całkiem dobrym przewodnikiem i  z anielską cierpliwością wyjaśniał blondynce nazwy i zastosowania kwiatów, które mijali. Fionnie spodobał się sposób, w jaki opowiadał o poszczególnych roślinach. Mówił z pasją i potrafił mówić bardzo ciekawie, wliczając w to mnóstwo ciekawostek, którymi sypał jak z rękawa.
    - Dobrze, za nami tak z jedna czwarta drogi. Teraz musimy uważać, bo te miejsca zamieszkuje  Monstrum Terra, czyli Potwór Ziemski. Nie jest bardzo groźny, ale może ściągnąć na nas uwagę innych mieszkańców lasu – wyjaśnił zwalniając.
    - Jak on wygląda? – Spytała zaciekawiona blondynka.
    - Tak naprawdę nie ma jakiegoś konkretnego kształtu.  Jest po prostu żywym błotem. Czasem zmienia się w kupkę ziemi, która posturą przypomina ni to człowieka ni to drzewo i w ten sposób goni swoje ofiary.
    Fionna wzdrygnęła się.
    - Ale jego wielkim minusem jest fakt, że za nic w świecie nie wejdzie na drzewo, a nawet gdyby próbował poruszyć ziemią wokół niego, można przeskoczyć na inne i tak w kółko – odparł wesoło.
    - A co by się stało, gdyby mnie złapał? – Spytała blondynka, wątpiąc nieco w jej umiejętności wspinania się.
    - Nie ma takiej opcji. Obiecuję, że nawet cię nie tknie – powiedział.
    Fionna lekko się zarumieniła.
    - Co nie zmienia faktu, że zabawnie byłoby zobaczyć cię ociekającą błotem. Zupełnie jak w Spa, tylko że tam maseczka błotna nie jest serwowana przez potwory – zachichotał.
    Blondynka prychnęła gniewnie, starając się ukryć swoje rozbawienie.
    Nagle pod jej stopami zatrzęsła się ziemia i Fionna upadła na trawę.
    - Cholera – powiedział nerwowo Nick, rozglądając się wokół.
    Otaczała ich mała polanka i dopiero gdzieś w oddali majaczyły się zarysy drzew.
    Fionna nieco przestraszona wstała, obserwując jak  kilka metrów dalej z ziemi formuje się nierówny kształt.
    - Biegniemy! – zawołał Nick, łapiąc ją za rękę i ciągnąc  do przodu.
    Blondynka starała się za nim nadążyć, ale Nick był od niej sporo szybszy, co bardzo ją irytowało.
     Linie drzew stały się wyraźniejsze i po dwóch minutach zdyszani znaleźli się pod jednym z nich.
    - Umiesz się wspinać? – spytał chłopak podciągając się o konar drzewa i zwinnie stawiając stopy na grubszej gałęzi.
     Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
     - Okej, daj mi rękę – powiedział, wciągając ją w ułamku sekundy przed tym jak Monstrum Terra do nich dobiegł. Stwór wyglądał przerażająco bez twarzy, więc Fionna szybko odwróciła głowę.
      Idąc za wskazówkami Nicka, powoli wspinała się wyżej. Niemal nie słyszała już głuchych plaśnięć błota o ziemię i powoli się uspokajała.
    - Chyba wystarczy. To dość silne drzewo, więc nie ma obaw, że je ruszy – zapewnił, uśmiechając się wesoło.
     - To dobrze – stwierdziła Fionna, opierając się o pień.
     Na chwilę zapadła cisza. Oboje nasłuchiwali, czy potwór nadal stoi pod drzewem, ale nie słyszeli już nic, poza szumem liści. Dopiero po kilku minutach gdzieś w oddali zabrzmiał ryk przypominający skrzyżowanie słonia i lwa.
     - Narobiliśmy za dużo hałasu, musimy jak najszybciej się stąd wynosić – mruknął, a jego wesoły nastrój zastąpiła powaga.
     - Nie brzmi zbyt dobrze – przytaknęła Fionna.
     - To Wyjew, nie jest zbyt przyjaźnie nastawiony. Przypomina trochę smoka, ale nie ma skrzydeł i jest mniejszy, więc łatwo porusza się po lesie. To bardzo inteligentne stworzenie. Zapewne poczuł trzęsienie ziemi, a potem usłyszał naszą ucieczkę. Zgaduję, że teraz będzie chciał na nas zapolować – westchnął.
    - Ma jakiś słaby punkt? – spytała z nadzieją Fionna.
    - Nigdy specjalnie tego nie sprawdzałem, wystarczyło zmienić się w ptaka i odlecieć, ale tym razem coś takiego nie wchodzi w grę.
    Blondynka pokiwała głową, czując się nieco winna.
    - Nie martw się, damy radę. Wyjewy są leniwe więc możliwe, że jeśli wystarczająco się oddalimy, po prostu nas zostawi – powiedział uśmiechając się Nick.

- Miejmy nadzieję.

środa, 16 grudnia 2015

Rozdział 10, czyli bitwa na mąkę.



___________________________________________________

    Do mojego pokoju przez okno wpadł Marshall, brutalnie budząc mnie ze snu. Spojrzałam na niego krzywo, a on uśmiechnął się tylko szeroko i zamknął okno.
    - Co ty tu robisz? Istnieją drzwi - powiedziałam ironicznie.
    - Nie chciałem budzić Fionny - wyjaśnił.
    - A przed obudzeniem mnie nie miałeś żadnych oporów? - Niedowierzałam.
     Marshall usiadł na skraju łóżka i pochylił się z szerokim uśmiechem.
    - Zaspana wyglądasz całkiem słodko - stwierdził.
     Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo w tej chwili mnie pocałował. 

     Otworzyłam oczy, lustrując meble i zdezorientowana rozglądając się wokół. To był sen?
     Westchnęłam.
    - Ann! Obudź się! - Wrzasnęła zza drzwi Fionna.
    - Już nie śpię! - Zawołałam, pospiesznie się ubierając.
    - No w końcu! Ile można czekać!
    - Minęło ledwie pięć minut - stwierdziłam.
    - Zobacz! Choinka! - Powiedziała wesoło, taszcząc większe od niej drzewo.
     Podbiegłam do niej, pomagając jej wnieść roślinę do salonu, przy okazji otrzepując ją ze śniegu.
    - Mam dekoracje, pomożesz mi ją ozdobić? - Spytała radośnie Fionna, choć znając życie, zapewne i tak zmusiłaby mnie do zawieszania ozdób na gałązki.
     Wyciągnęłyśmy z kartonów srebrne bombki i zaczęłyśmy je wieszać w przypadkowych miejscach. Następnie w ruch poszły łańcuchy i lampki. 
     Po wszystkim uporządkowałyśmy pudła i zadowolone opadłyśmy na kanapę.
     Nagle usłyszałam przeciągły dzwonek do drzwi. Spojrzałam pytająco na blondynkę. Dziewczyna ruszyła zmęczona otworzyć. Ku mojemu zdziwieniu w drzwiach ujrzałam...
    - Marshall? - Zawołałam zdziwiona, choć powinnam się już przyzwyczaić.
    - Hej dziewczyny - wyszczerzył się.
    - Zaprosiłam go, żeby nam pomógł - wyjaśniła Fionna.
    - Aha - odparłam nieco zmieszana.
     Widząc jego twarz, przypomniał mi się dzisiejszy sen.
    - No więc tak. Ja pójdę dokupić parę rzeczy, a wy... - spojrzała z powątpieniem na naszą dwójkę.
    - ...upieczecie pierniczki. Tylko nie zniszczcie kuchni - zażartowała.
    - Postaramy się - prychnęłam, choć łobuzerski uśmiech Marshalla utwierdził mnie w przekonaniu, że to nie będzie łatwe zadanie.
     Pożegnaliśmy blondynkę, która wyszła razem z Cake.
    - To jak? Pierniczki? - Spytał ironicznie wampir, kierując się w stronę kuchni.
    - Nie spal niczego - zachichotałam.
    - Prędzej ty coś spalisz - stwierdził.
     Nie odpowiedziałam, wiedząc, że zapewne ma rację.
     Wyciągnęliśmy wspólnie składniki i zaczęliśmy wyrabiać ciasto.
    - Trzeba dodać trochę mąki - stwierdziłam, wsypując proszek do miski.
     Przez przypadek wypadła mi z ręki wysypując się i lądując na mojej bluzce.
     Usłyszałam Marshalla, który trząsł się ze śmiechu.
    - Spadaj! - Odparłam rozbawiona, celując w niego resztkami mąki.
    - Ty... - zaczął grobowym tonem.
     Po chwili rozpętała się prawdziwa walka na składniki pierniczków i gdy Fionna wróciła ze sklepu, omal nie dostała zawału. Chichocząc posprzątaliśmy kuchnie i dokończyliśmy pierniczki, starając się nie nabałaganić. Wyszły nie najgorzej, wię Fionna dobrodusznie wybaczyła nam wcześniejsze wybryki.
     Korzystając z pierwszej lepszej wymówki wyszłam z domu, kierując się do centrum handlowego. Miałam w planach kupić prezenty, za resztki moich pieniędzy. 
     Trudno było mi wybrać coś, co odpowiadałoby Fionnie, ale w końcu kupiłam jej niebieską sukienkę i kolczyki w kształcie śnieżynek. Dla Cake zdecydowałam się na uroczą zabawkę. Najgorzej było z Marshallem, ponieważ kompletnie nie miałam pojęcia, co mogłabym mu podarować. Zestaw do czyszczenia kłów, a może torebeczkę Rh+? 
     Po dłuższych rozmyślaniach kupiłam mu książkę i najnowszą płytę jego ulubionego zespołu. 
     Tak obładowana wróciłam do domu, sprytnie ukrywając prezenty przed przyjaciółmi w pustym koszu na śmieci.
     Dzień minął dość szybko. 

     W wigilię obudziłam się o siódmej i radośnie zbiegłam po schodach, budząc przy okazji Fionnę. Cieszyłam się jak dziecko, mogąc w końcu wrzasnąć jej do ucha ,,Wstawaj!", tak jak ona mi wcześniej. 
     Razem zajęłyśmy się potrawami, które swoją drogą wyszły całkiem nieźle.
     Byłam bardzo podekscytowana, ponieważ od dawna nie obchodziłam Świąt Bożego Narodzenia. W moim dawnym domu, radość była słowem zakazanym.
    - Teraz musimy się przebrać! Zaprosiłam kilku gości - wyjaśniła blondynka.
     Uniosłam zdziwiona brwi. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zostałam porwana do garderoby. Przymierzyłam chyba z milion sukienek, ale na szczęście znalazłam w końcu odpowiednią.
      Po ogólnych przygotowaniach, razem z Fionną udekorowałyśmy pokój świątecznymi lampkami i nakryłyśmy do stołu.
     Do domu zawitali pierwsi goście, którymi okazali się być Królewna i Książę Ognia. Nie znałam ich zbyt dobrze, ale wydawali się być w porządku.
     Kolejną osobą, która przyszła, był Marshall. Nosił jak zawsze ciemno-czerwoną koszulę, a we włosach lśniły jeszcze płatki śniegu.
     Przywitaliśmy się ze wszystkimi, a następnie zasiedliśmy do stołu. Zostały jeszcze dwa wolne miejsca, co bardzo mnie zaintrygowało.
     Moje przemyślenia przerwał natarczywy dzwonek do drzwi. Fionna podbiegła radośnie otworzyć. Do środka wszedł...
    - Gumball - szepnęłam wystraszona, instynktownie przysuwając się do Marshalla.
    Wampir zmierzył Balonowego groźnym wzrokiem, na co różowy zadrżał. Zauważyłam, że miał podbite oko.
      Popatrzyłam podenerwowana na Marshalla. Przysunął mnie do siebie, otaczając opiekuńczo ramieniem.
     Fionna nie zdając sobie sprawy z naszych odczuć, zaprosiła go wesoło do środka. W pomieszczeniu zapanowała nerwowa atmosfera.
     Gumball przywitał się z innymi, celowo pomijając naszą dwójkę. Postanowiłam go zignorować, ponieważ to święto było dla mnie zbyt ważne, aby przejmować się takimi rzeczami.
     Wymieniliśmy się opłatkiem. 
      Fionna spojrzała na mnie rozbawiona i dopiero teraz spostrzegłam, że siedzę wtulona w Marshalla.
      Czerwona odsunęłam się trochę, odwracając wzrok.

     Wigilia minęła dość szybko. Było bardzo klimatycznie. Dostałam kilka prezentów, które planowałam wieczorem odpakować i zjadłam mnóstwo naprawdę dobrego jedzenia. Śpiewaliśmy przy stole kolędy, aż w końcu Książę Ognia wpadł na genialny pomysł bitwy na śnieżki. Zdziwiło mnie to, że lubi śnieg, ale z chęcią przystałam na jego propozycję.
     Podzieliliśmy się na dwie grupy: Fionnę, Księcia Ognia i Gumballa, przeciwko mnie, Marshalla i Królewnę Ognia.
     Obrzucaliśmy się śnieżkami przez dobrą godzinę i w ostateczności wygraliśmy, przez szaleńcze ,,Tornado" śniegu, które zrobił wampir.
      Zauważyłam, że większość jego pocisków trafia celnie w różowego, co bardzo poprawiło mi humor. 
      Zmarznięci wróciliśmy do domu, rozmawiając wesoło na różne tematy. Było całkiem zabawnie, choć dotkliwie odczuwałam chłód panujący na dworze.
     Wkrótce z Fionną pożegnałyśmy gości i zadowolone posprzątałyśmy salon. Po dzisiejszym dniu byłam bardzo zmęczona i dość szybko pożegnałam się z blondynką.
     W pokoju czekały na mnie dwa prezenty, jak się domyśliłam od Marshalla i Fionny. W pierwszym znalazłam śliczny, beżowy, długi sweter. Na dnie pudełka widniała starannie złożona kartka z krótkim liścikiem od blondynki:

,,Chciałam kupić ci coś ładniejszego, ale pomyślałam, że będziesz wolała coś cieplejszego. W zamian wyrzuć tą szarą bluzę, dobrze?"

     Zachichotałam chowając prezent do szafy.
     Kolejny był owinięty czarnym papierem i ozdobiony ciemnoczerwoną wstążką. Zaciekawiona uchyliłam wieczko i ujrzałam piękny, lśniący naszyjnik. Nigdy nie lubiłam tego typu ozdób, ale tym razem musiałam zrobić wyjątek.

     Wisiorek był naprawdę śliczny. Miał zawieszkę w postaci krwistoczerwonego serca i niesamowicie lśnił mimo że, w pokoju nie było zbyt dużo światła. Podejrzewałam, że nie był tani. 
     W pudełku znalazłam również dwa bilety na koncert. Uśmiechnięta schowałam wszystko do szuflady biurka, biorąc uprzednio kartkę z nabazgranymi pospiesznie życzeniami:

,, Wszystkiego najlepszego, Ann! Nie mogę się doczekać, aż zobaczę cię w tym naszyjniku!"

     Radośnie przebrałam się w piżamę i zmęczona zasnęłam kami: nym snem. Modliłam się w duchu, aby Fionna nie obudziła mnie zbyt wcześnie.



R: Ona przynajmniej nie musi wstawać rano do szkoły ;-;
K: Spokojnie Rose, niedługo będą ferie xD
R: Może jak będziemy miały wolne, to napiszemy coś mądrzejszego :/
K: ...bo jak na razie strasznie nudno i dziwnie wyszło :c
R: Zawsze tak wychodzi >.<
K: Bo my to piszemy xD
R: Oj tak! Dwie chore psychicznie wariatki w połączeniu z klawiaturą... Mieszanka wybuchowa.
K: Nie mów nic o mieszankach! Chemia ciągle mnie prześladuje :c
 R: Ps. wiem, że rozdział miał być w poniedziałek, ale niestety przedłużyło się to nieco o 2-3 dni, ponieważ miałyśmy w ostatnim czasie ważne sprawdziany. (Nie, żebym się do nich uczyła. Ta książka z napisem ,,Matematyka'' mnie przeraża. Boje się treści, znajdujących się w środku >.<)  
   Drugim powodem było to, że jestem łamagą, a konkretniej przez moje wyczyny na koszykówce, muszę mieć usztywnioną rękę i z dwoma wolnymi palcami w prawej, trochę trudno jest pisać ;-;
K: Takie problemy tylko z tobą <3
R: <3








niedziela, 13 grudnia 2015

Rodział 9, czyli Filii Saltus.

     Po koncercie dołączył do nas Marshall. Wróciliśmy autem Fionny. Wciąż trwałam w oszołomieniu po tym, jak usłyszałam głos wampira.
     - Wydarzyło się coś ciekawego? - Spytał nagle chłopak.
     - Nuda – westchnęła Fionna.
     - Ja w sumie znalazłam coś ciekawego – stwierdziłam przypominając sobie o książce.
     Oboje spojrzeli na mnie pytająco, więc opowiedziałam im wszystko ze szczegółami. Byli nią bardzo zaintrygowani, więc po powrocie od razu pokazałam im stary tom.
     - Jak to się otwiera? - Spytał wampir marszcząc brwi.
     - Daj to – odparła Fionna, zabierając mu księgę i podważając rzemyki paznokciami.
      W końcu z westchnieniem odebrałam im tom i jednym płynnym ruchem otworzyłam go na przypadkowej stronie.
     - Jak? - Spytała zdenerwowana Fionna.
     Zachichotałam w odpowiedzi. Nie często widziałam ich tak bezsilnych.
      - W jakim to języku? Nie mogę tego odczytać – zirytował się wampir, lustrując stronice.
      - Nie możesz? - Spojrzałam mu przez ramię, ale nie dostrzegłam nic dziwnego. Tekst był napisany normalnie i z łatwością mogłam go odczytać.
      - Co zawiera ta księga? - Spytał Marshall.
      - Zaklęcia, znalazłam ją nad jeziorem – wyjaśniłam.
      - Cóż prawdopodobnie jest to ukryte pismo. Zastanawia mnie natomiast, dlaczego tylko ty możesz je odczytać – odparł.
       - Może ma to związek z tym, że jako jedyna z was mam kontakt z magią? Co prawda jest to iluzja, ale zawsze coś...
       - Może. Moglibyśmy jutro rozejrzeć się w miejscu, w którym to znalazłaś.
      - Dobry pomysł! - Zgodziła się blondynka.
      Skinęłam głową. Byłam bardzo zaintrygowana nowym odkryciem.




* Następny dzień *

      Po południu odwiedziliśmy miejsce, w którym znalazłam księgę. Nie znaleźliśmy tam nic ciekawego.
     Nagle ciszę przerwał świergot dwóch ptaków. Przypomniał mi się ten o czarno-złotych piórach, ale te śpiewały trochę głośniej i ostrzej. Jeden z nich miał biało-niebieskie ubarwienie, a drugi był brązowy z lekką domieszką fioletowego. Wylądowały na gałęzi kilka metrów dalej.
      Jeden z nich nagle poderwał się do góry i zaczął tak szybko latać, że wyglądał jak jasna, niewyraźna plama. Drugi zrobił to samo. Przyglądałam się im ze zdziwieniem. Nigdy nie zaobserwowałam takiego zachowania u ptaków.
     ,,Plamy” zaczęły się niewyobrażalnie powiększać i po chwili nabrały ludzkich kształtów. Dwóch mężczyzn wylądowało miękko na trawie, żartując i przepychając się nawzajem. Patrzyłam na to z otwartymi ustami. Czy te ptaki naprawdę zmieniły się w ludzi?
      Nieznajomi wymówili ,,Kwiat Przebiśniegu” i po chwili zniknęli mi z oczu. Naprawdę. Zupełnie jakby nigdy tam nie stali.
     Zerknęłam nerwowo na moich towarzyszy, ale po ich minach wywnioskowałam, że to nie było przewidzenie.
     - Idziemy tam? Jestem pewna, że jak powiemy ,,Kwiat Przebiśniegu” to coś się stanie – powiedziała zafascynowana Fionna.
     - To robi się coraz dziwniejsze – mruknął pod nosem wampir.
      Podeszliśmy do miejsca, w którym zniknęli dwaj mężczyźni.
      - Dobra, na trzy – powiedziałam podekscytowana.
      - Raz...
      - Dwa...
      - Trzy!
     Wymówiliśmy jednocześnie hasło. Poczułam kujący ból w okolicach głowy, a obraz rozmazał się, jakbyśmy poruszali się z zawrotną szybkością. Po trzydziestu sekundach stałam w zupełnie innym miejscu. To również był las... ale zupełnie inny, wydawał się magiczny. Liście drzew miały tu morski odcień, a z ziemi wyrastały rośliny, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Zauważyłam do góry wiszące na drzewach mosty. Łączyły one wybudowane tam domki. Obserwowałam tą konstrukcję z podziwem. Całe to miejsce było naprawdę fascynujące.
      - Człowiek! - Zawołał ktoś.
      Z drzewa zeskoczyła dziewczyna o intensywnie niebieskich oczach i krótkiej, rudej fryzurce.
       - Kim jesteście? - Spytała ostrym tonem.
       - Kto wpuścił tutaj ludzi? - Warknął jakiś chłopak lądując obok dziewczyny.
       - Trzeba ich zaprowadzić do władcy! - Zarządził mocno zbudowany brunet pojawiając się nagle za moimi plecami.
       Próbowałam coś powiedzieć, ale w odpowiedzi rudowłosa skierowała wyciągnięty zza pasa nóż w stronę mojego gardła. W milczeniu przeszliśmy kilka metrów, a następnie zaprowadzono nas do dużego, drewnianego domu. Marshall próbował odtrącić straże, ale wkrótce zabrało się tylu strażników, że dał sobie spokój.
     Pełna niepokoju weszłam do środka, nerwowo rozglądając się na wszystkie strony. Nie za bardzo rozumiałam co tu się dzieje, ale nie zapowiadało się dobrze. Zostaliśmy zaprowadzeni do wielkiego, pomalowanego na złoto pomieszczenia. Przy stole siedział starszy mężczyzna. Wiszący na jego szyi zielony diament, zwracał sporą uwagę.
      - Kim jesteście? - Spytał spokojnie.
      - Nazywam się Ann, a to moi przyjaciele – wyjaśniłam
      - Jak się tu dostaliście? - Drążył.
      - Powiedzieliśmy hasło – odparł poirytowany Marshall.
      - Wampir – mruknął do siebie starzec, patrząc zaciekawiony na naszą trójkę.
       - Czy Ann to twoje pełne imię?
       - Nie, nazywam się Anabell – odparłam zgodnie z prawdą.
       - Jak nazywa się twoja matka?
       - Didyme.
      Mężczyzna pokiwał głową, a jego twarz lekko się rozpromieniła.
      - To już ostatnie moje polecenie, Ann. Spójrz na mnie – poprosił.
      Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie do końca rozumiałam o co w tym chodzi, ale te pytania powoli zaczęły mnie irytować.
      - Puśćcie ich – rozkazał.
      Strażnicy odsunęli się od nas na kilka kroków, patrząc nieufnie na naszą trójkę.
       - To córka jednej z pięciu – wyjaśnił.
       Rudowłosa dziewczyna pochyliła się nade mną zaciekawiona.
       - Faktycznie, ma oczy jak jedna z nas – zgodziła się.
       - Co nie zmienia faktu, że razem z nią jest dwójka ludzi – odparł chłodno brunet.
       - Jestem wampirem – prychnął Marshall, patrząc pogardliwie na osiłka.
       - Spokojnie – nakazał starzec.
        Spojrzeliśmy w jego stronę.
       - Chciałbym, abyś wytłumaczyła mi dokładnie jak dostałaś się do tej krainy. Trevor, Max, możecie już iść. Nie potrzebuję ochrony – rozkazał mężczyzna.
      Obaj nieco zirytowani wyszli, zostawiając z nami tylko rudowłosą dziewczynę.
      Opowiedziałam władcy w skrócie ostatnie wydarzenia. Był bardzo zdziwiony tym, że nie miałam pojęcia kim była moja matka, ani o co chodziło z działalnością Garhota.
       - Cóż... widzę, że Didyme trzymała cię w niewiedzy. Postaram się wyjaśnić wam w skrócie wszystko, pewnie jesteście bardzo zagubieni.
       Podziękowałam mu serdecznie. Nadal nie wiedziałam o co tu chodzi i skąd znał moich rodziców, ale miałam nadzieję, że wyjaśni mi wszystkie dotychczasowe tajemnice.
       - Mam dużo ważnych spraw, dlatego opowiedzenie o tej krainie powierzam tobie Lucy. Zaprowadź ich do chatki dla gości – powiedział władca, na co rudowłosa pospiesznie skinęła głową.
      Ruszyliśmy całą trójką na zewnątrz, w stronę dużego, potężnego drzewa.
      - To jest serce Krainy. Nazywamy to drzewo ,,Luna” czyli księżyc po łacinie. Tutaj można najłatwiej wejść do strefy, w której znajdują się domy. Łączy całą wioskę Filii Saltus – dzieci lasu – wyjaśniła wchodząc po wiszącej na drzewie drabinie.
      We wspinaniu musiał pomagać mi Marshall, ale w końcu daliśmy radę wspiąć się na szczyt. Starałam się nie patrzeć w dół, gdyż byliśmy naprawdę wysoko.
       - Dlaczego Dzieci Lasu? - Spytałam.
       - Jesteśmi przywiązani do natury, dzięki niej czerpiemy siłę do uprawiania magii. Nasz ród odznacza się intensywnie niebieskimi oczami. Ładne są, co nie? - Spytała wesoło.
       Skinęłam głową.
       - W tej wiosce jesteśmy podzieleni na kilka grup. Najważniejszy jest władca, którego co kilkaset lat wybiera Luna. Niżej postawione jest Pięć. W skład tej grupy wchodzi jak się pewnie domyślasz pięciu najważniejszych magów. Twoja matka tam należała. Jeszcze niżej z kolei są strażnicy, którzy mają zadanie pilnować wioski przed nieproszonymi gośćmi. Dlatego zareagowaliśmy tak nerwowo. Potem jest cała reszta, która nie należy do żadnej z grup – wyjaśniła.
      - Dlaczego tak bardzo obawiacie się obcych? - zdziwiłam się.
      - Kiedyś, gdy ludzie wiedzieli o naszym istnieniu, często polowali na nasze wioski, chcąc posiąść naszą magię – wyjaśniła z goryczą w głosie.
      Fionna zmarszczyła brwi. Zapewne nie podobał jej się fakt, że nie jest tu mile widziana. Marshall milczał, próbując przyswoić sobie nowe informacje.
       Weszliśmy do jednego z wielu drewnianych domków umieszczonych na drzewach. W środku był salon, mała kuchnia i drzwi prowadzące jak się domyślałam do łazienki.
     - Usiądźcie, możecie zadawać pytania – powiedziała Lucy, sadowiąc się wygodnie na podłodze.
      - Wytłumacz mi jaki udział w tym wszystkim miał... Garhot – odparłam, z bólem wymawiając jego imię.
      - Demony – prychnęła. - Od lat polują na Dzieci Lasu, ponieważ widzą w nas zagrożenie. Celami ich ataków są głównie potężniejsi magowie. Garhot od lat marzył o zabiciu Pięciu. Niestety Didyme z natury była bardzo nieufna. Ożenił się z nią, żeby go zaakceptowała. Resztę pewnie już znasz – westchnęła.
      - To tym były te kartki w lesie? Listą osób do zabicia? - powiedział Marshall.
     - Nie widziałam ich, ale pewnie tak. Ostatnio cała wataha zgromadziła się dość blisko naszej krainy, więc mieliśmy sporo roboty.
     - Zabiliście Garhota? - spytałam z nadzieją.
     Rudowłosa skinęła głową.
      - A ukryte pismo? Dlaczego zaklęcia może odczytać tylko Ann? - powiedziała Fionna.
      - Dla bezpieczeństwa. Są zapisane leśnymi runami, które mogą odczytać tylko nasze oczy.
      - Ptaki? Naprawdę zmieniacie się w zwierzęta?
      - Większość tak. Niektórzy nie potrafią opanować tej umiejętności, ale owszem, posiadamy możliwość zmieniania kształtu – odparła wesoło Lucy.
      Zamknęła oczy, a jej twarz przybrała wyraz skupienia. Chwilę potem jej sylwetka rozmyła się i zmieniła kształt. Gdy stanęła na podłodze, była małym, zielono-czerwonym ptakiem. Znowu się rozmyła i przybrała swoją ludzką formę.
      - Już chyba wystarczy tych pytań, mam dość – westchnęła.
      - Dziękuje, że nam odpowiedziałaś.
      - W razie czego, możecie tu przychodzić. Władca was zaakceptował, nawet ciebie – odparła rudowłosa patrząc na blondynkę.
       - Tak, nawet mnie – powtórzyła cierpko.
       - Jak się stąd wydostać? Mamy znowu powiedzieć ,,Kwiat Przebiśniegu”?
        - Powiedzcie ,,Zielony diament”. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nas odwiedzicie – powiedziała uśmiechając się szeroko.
        Skinęłam głową. Wypowiedzieliśmy hasło i chwilę później znaleźliśmy się w na polanie. Od nadmiaru informacji rozbolała mnie głowa. Nadal trudno było mi uwierzyć w istnienie Filii Saltus, ale tego dnia otrzymałam odpowiedzi na wiele dręczących mnie pytań.
        Wróciliśmy do domu w sam raz, aby odebrać zakupione przez Fionnę meble. Na szczęście w ustawianiu pomógł nam Marshall, więc poszło całkiem szybko.

Na dworze zaczął sypać śnieg. W ostatnim czasie tyle się wydarzyło, że nie zauważyłam zbliżających się świąt. Poczułam miłe uczucie w sercu na myśl o Bożym Narodzeniu. Nie mogłam się doczekać wigilii.



R; Rozdział jak pewnie widać zakończony nieco na siłę, za co pokornie przepraszamy :/
K: Ogólnie ten rodział jest jakiś beznadziejny ;-;
R: Jak każdy xD
K: To wina lamp i kakao od podejrzanych pań >.<
R: Kat, spokojnie. Nikt nie wie o co ci chodzi xD
K: Może to nawet lepiej...
R: Swoją drogą pozdrawiamy serdecznie Mirami, Clarę M oraz Czytelniczkę <3 Wasze komentarze są wspaniałe :*
K: Ps. Nie wiemy czy te łacińskie nazwy są do końca poprawne, więc jak coś, to prosimy o wybaczenie xD
R: A rodział krótki, bo prawdopodobnie w ten poniedziałek pojawi się 10.

wtorek, 8 grudnia 2015

Rozdział 8, czyli kolejne anomalie xD


    - Wstawaj śpiochu! - Zachichotał ktoś.
     Wymruczałam coś niewyraźnie i przekręciłam się na drugi bok.
    - To ostatnie ostrzeżenie! Mam poduszkę i nie zawaham się jej użyć!
     Poirytowana podniosłam się do pozycji siedzącej i zaspana otworzyłam oczy. Nade mną stała Fionna z rozbawioną miną.
    - Powiedz chociaż, że miałaś jakiś ważny powód, żeby budzić mnie tak wcześnie - powiedziałam wstając.
    - Oczywiście! To jest okropnie ważne! - Wykrzyknęła podekscytowana.
      Uniosłam zdziwiona brwi.
    - Idziemy na zakupy - wyjaśniła. - Ubierz się i zejdź na śniadanie.
    - Nie możesz iść z kimś innym? - Spytałam błagalnie.
     Wizja przymierzania setek ubrań nieco mnie przerażała. 
    - To niemożliwe! Poza tym nie będziemy kupować ciuchów.
    - To co zamierzasz kupić? - Spytałam nieco podejrzliwie.
    - Meble - wytłumaczyła mi blondynka.
    - Meble?
    - Musimy urządzić ci pokój! Zobaczysz, jestem naprawdę świetnym architektem.
    - Och, naprawdę nie musisz. Głupio mi, że zajęłam ci tyle miejsca, więc nie czułabym się dobrze gdybyś postanowiła mi jeszcze urządzić wnętrze - odparłam szczerze.
    - To nic wielkiego. Lepiej się zgódź, bo bez względu na twoją opinię i tak to zrobię. Strasznie podobały mi się katalogi, które widziałam ostatnio w sklepie – odparła ignorując mnie całkowicie.
Westchnęłam i zaczęłam przekopywać moją walizkę w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym założyć.
     - Swoją drogą, możemy również kupić trochę ubrań... - zaczęła, patrząc krytycznie na szarą bluzę, którą wyciągnęłam.
      - Nie! - Palnęłam.
      - Spokojnie, spokojnie – zachichotała blondynka.



*Z perspektywy Marshalla*

      Obudziłem się dzisiaj dość późno. Zegarek wskazywał 12:23, uparcie każąc mi wstać. Byłem nieco zmęczony, po wczorajszym dniu. Miałem sporo na głowie licząc wizytę w banku krwi, stado sierściuchów (dop.aut. Wybaczcie za ten potoczny wyraz xD) i chorego psychicznie demona, który postanowił porwać swoją córkę. W dodatku całą wczorajszą noc spędziłem na patrolowaniu lasu pod postacią nietoperza. Na szczęście po stadzie nie było ani śladu. Dzisiaj planowałem ponownie odwiedzić ,,bazę'' Garhota i upewnić się, że i tam zieje pustkami. 
     Ubrałem się, odświeżyłem i wypiłem cały litr Rh-, a następnie wyszedłem z domu kierując się w stronę drzew.
Po trzydziestu minutach byłem na miejscu. Otworzyłem małe drzwi obrośnięte bluszczem i zeszedłem do piwnicy, w której wcześniej zamknięto Ann. Na sam widok ceglanych ścian i otaczającej pomieszczenie ciemności, przeszły mnie ciarki. Nie dostrzegając niczego nowego skierowałem się do wyjścia, a potem do kolejnych drzwi. Pokonałem wąski korytarz i znalazłem się w sercu tego budynku – bazie. Niemal od razu dostrzegłem brak walających się po podłodze kartek. Krew także zniknęła wraz ze śladami uderzeń. Pokój wyglądał zupełnie niegroźnie. Zaintrygowany rozejrzałem się, ale nawet po dokładniejszych oględzinach nic nie znalazłem. Zawiedziony wróciłem do domu, myśląc intensywnie nad wyjaśnieniem tych dziwnych spostrzeżeń.
    *Ponownie perspektywa Ann*

    Wykończona wróciłam do domu późnym popołudniem. Fionna trzymała w ręku tryumfalnie listę mebli, które udało jej się zamówić. Urządzanie pokoju było całkiem fajną zabawą, ale kilkugodzinne włóczenie się po sklepach nie należało do moich ulubionych zajęć.
     Postanowiłam znów udać się nad jezioro. Na szczęście udało mi się szybko wyjść, ponieważ blondynka była zajęta kartkowaniem gazety z paletami barw. (dop.aut Jest taka? Jak nie ma, to udawajmy, że jest xD)
      Skierowałam się w miejsce, w którym wczoraj widziałam długowłosą, nieznajomą dziewczynę. Nie wiem dlaczego to zrobiłam, można powiedzieć, że byłam nieco zaintrygowana. Usiadłam leniwie na trawie i zlustrowałam wzrokiem otaczającą mnie naturę. To miejsce było naprawdę piękne.
     Nagle usłyszałam wysoki, świergotliwy głosik. Należał z pewnością do ptaka, ale nigdy nie słyszałam podobnego śpiewu. Zdziwiona wstałam i podeszłam do skraju lasu. Zwierzę na pewno było niedaleko.
Zaciekawiona weszłam odrobinę dalej, mijając rozłożyste drzewa. Głosik nasilał się z każdą chwilą.
     Po minucie, dostrzegłam w końcu złotawy błysk na gałęzi wysokiego świerku. Przyjrzałam się i ujrzałam właściciela ów niebiańskiego śpiewu. Ptak był naprawdę niesamowity i byłam pewna, że w żadnym z atlasów nie pojawił się równie śliczny. Zwierzę miało czarne pióra, które przy końcach przechodziły w połyskliwe złoto, a cała jego sylwetka skojarzyła mi się z dumną postawą króla.
     Zafascynowana zrobiłam krok do przodu, ale poczułam otępienie i po chwili stałam kilka metrów dalej. Zdziwiona ponowiłam próbę podejścia do ptaka, ale tym razem także odepchnęło mnie o kilka metrów do tyłu. Potknęłam się o jeden z korzeni drzew i runęłam na ziemię, czując ostry ból w górnej partii pleców. 
     Okazało się, że upadłam na książkę, choć lepszym określeniem byłaby księga. Miała pożółkłe od starości strony i grubą, skórzaną okładkę. Treści strzegły dwa paski rzemieni zakończone dziwnie skonstruowanym zamkiem. Tom zdobiły również w różnych miejscach ładne, zwijane ornamenty. 

      Wstałam i otrzepałam się z ziemi. Nie mogąc się powstrzymać otworzyłam księgę i zaciekawiona spojrzałam na strony. Tom otworzył się dość łatwo, rzemienie pod dotykiem moich palców momentalnie ustąpiły ukazując mi dziwne stronice pokryte drobnym, pełnym zdobień pismem. Zmrużyłam oczy i z trudem odczytałam kilka zdań. Formułki brzmiały zupełnie jak zaklęcia. 
     Spróbowałam jednego z nich i zaniemówiłam. Zadziałało, naprawdę zadziałało! Z ziemi wyrósł duży, fioletowy kwiat zbliżony kształtem do tulipana. Wiem, że nie powinno być to dla mnie zdziwieniem, w końcu sama posiadałam moc, ale dotąd była to tylko i wyłącznie iluzja. 
    Ochoczo przeczytałam na głos również drugie zaklęcie, tym razem zmieniające roślinę w zwierzę, ale nie podziałało. Zniechęcona próbowałam z kilkoma na podobnej zasadzie, ale nic się nie wydarzyło. Szły mi tylko te łatwe.
     Zawiedziona wróciłam razem z książką do domu. Podejrzewałam, że mogła należeć do długowłosej dziewczyny, którą tu ostatnio spotkałam. Mimo wszystko uznałam, że na razie ją przechowam, a przy okazji oddam nieznajomej.


    *Tak około dwudziestej, nadal perspektywa Ann *

     - Ann! Idziemy! - Zawołała Fionna poprawiając swoją skórzaną kurtkę. 

       (Strój Fionny)


     - Chwilę!
     Zasznurowałam moje czarne, stare glany i odłożyłam księgę na biurko. Chciałam ją dzisiaj przejrzeć, ale propozycja koncertu była niepowtarzalna. Irytował mnie tylko fakt, że dziewczyna nie chciała mi wyjaśnić kto będzie śpiewał.
    - Jak tak dalej pójdzie, to przyjdziemy w sam raz na ostatnią piosenkę – powiedziała sarkastycznie.
     - Już! - Odparłam uśmiechając się szeroko i wychodząc na dwór.
     Blondynka zlustrowała mój ubiór, ale się nie odezwała. Nie byłam pewna czy to dlatego, że tym razem spełniłam jej wymagania, czy po prostu nie miała już siły mnie upominać. 

                                                               (Strój Ann)


     Po dwudziestu minutach jazdy autem dojechaliśmy do celu. Trochę dalej widziałam oświetloną scenę, a wokół roztaczał się niewyobrażany tłum.
     - Chodź, nasze miejsce jest tam! - Wskazała Fionna.
     Podążyłam za nią uradowana. Nie wiedziałam skąd zdobyła bilety dla VIPów, ale z wygodnych foteli w pierwszym rzędzie widziałam dokładnie całą scenę, co bardzo mi odpowiadało. Na środek weszło kilku muzyków.
      - Zaraz przyjdzie wokalista – zachichotała blondynka.
        Zmarszczyłam brwi. O co jej chodziło?
      - Ale... - zaczęłam.
      - Patrz!
      Zerknęłam na scenę i dosłownie mnie zamurowało. M-Marshall? Tego się nie spodziewałam.

      Moje rozmyślania przerwał wybuch śmiechu Fionny. Spojrzałam poirytowana na chichoczącą blondynkę, ale zanim zdążyłam rzucić jakąś ciętą ripostą, rozległy się pierwsze nuty piosenki. Słuchałam jak zaczarowana. Nigdy się nie spodziewałam, że Marshall potrafi tak pięknie śpiewać. Miał ciepły, melodyjny głos idealnie wpasowujący się w rytm piosenki. To był naprawdę cudowny koncert.




R: Przepraszamy za tak beznadziejny rozdział, ale dzisiaj naprawdę mamy zły dzień :/
K: Spróbujcie przeoczyć te wszystkie błędy i udawać, że jest okej :)
R: A najlepiej to przeoczcie cały rodział, jest beznadziejny ;-;
K: Może w dziewiątym wyjaśnimy te wszystkie dziwne rzeczy, dlatego bądźcie cierpliwi ^^
R: ...Bo znając życie, znowu nie napiszemy w terminie xD
K: Mogę się o to założyć :').
R: A tak poza tym, to kto się spodziewał Marshalla na scenie? 
K: Ja!
R: Ty się nie liczysz xD
K: Foch.
R: <3

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Kiedy ósmy rozdział?!?

Obiecujemy, że jutro około 17 pojawi się następny rozdział. Po prostu przypadkowo usunęła nam się znaczna część tekstu i nie mamy dzisiaj cierpliwości, żeby pisać to od nowa :c Mamy nadzieję, że nas zrozumiecie i przepraszamy za trzy dniowe opóźnienie :/ 




niedziela, 29 listopada 2015

Rozdział 7, czyli naprawdę dziwne rzeczy.

Tak wiemy, rozdział miał być wcześniej :/ Niestety, trudno jest nam się spotkać w dni robocze, ale będziemy się starać :* Dedykujemy ten rozdział Mirami, która mnidzielnie przedziera się przez kolejne notki i umila nam dzień wspaniałymi komentarzami <3 

________________________________________________________________________

    - Musimy uciekać!
    Nie zdążyłam nawet spytać co się stało, ponieważ wampir pociągnął mnie zdecydowanie na dwór, prawie przewracając. Po chwili biegu zdyszana przystanęłam. Byłam przestraszona jego gwałtowną reakcją i nieco za tak brutalną ucieczkę.
    - Co ty robisz? - Warknął.
    - Najpierw wytłumacz mi dlaczego biegniemy!
    - Znalazłem lepsze miejsce - wyjaśnił pospiesznie.
    - Przecież mówiłeś, że twój dom...
    - Zmieniłem zdanie. Nie ociągaj się - uciął.
    - Gdzie idziemy? - Drążyłam.
    - Nieważne.
    Byłam urażona jego zachowaniem. Nigdy nie traktował mnie w ten sposób...
    - Anabell! No idź!
    Zamiast go posłuchać, stanęłam w miejscu. Anabell? Nikt mnie tak nie nazywał. Chociaż była jedna osoba...
    - Nie jesteś Marshallem. Wiem, że to ty Garhot - odparłam cofając się niepewnie. (dop. aut. Wybaczcie za tak beznadziejne imię. Nasza wena postanowiła sobie zrobić wakacje :/)
    Postać wampira zadygotała i zrobiła się niewyraźna. Sylwetka się powiększyła, z pleców wyrosły zgniłozielone skrzydła, a na głowie pojawiły się zaostrzone rogi. Po chwili stanął przede mną ojczym.
     - Witaj Anabell, dawno się nie widzieliśmy - powiedział z szyderczym uśmiechem.
     - Odejdź! - Wrzasnęłam.
     Przed oczami migotał mi obraz zamordowanej matki. Byłam przerażona i zła. Próbowałam wzniecić iluzjonistyczny ogień, ale byłam zbyt przestraszona. Nie panowałam nad emocjami.
     - Twoja moc jest bezużyteczna - prychnął.
     Chciałam uciec, ale poczułam ostry ból z tyłu głowy. Chwilę później upadłam i ogarnęła mnie wszechobecna ciemność.




* Z perspektywy Marshalla ( Tego prawdziwego xD ) *

    Wróciłem do domu. Od razu zaintrygowała mnie dziwna cisza. Czyżby Ann zasnęła? Przeszukałem pokoje, ale ku mojemu zdziwieniu po dziewczynie nie było śladu. Zaniepokojony rozejrzałem się po okolicy, ale na marne. Tam również jej nie było. W pośpiechu wybiegłem przez dom. Postanowiłem przeszukać las, a przynajmniej najbliższą okolicę. 
    Zdenerwowany wzniosłem się w niebo. Po godzinie wreszcie gdzieś dostrzegłem ruch. Zniżyłem lot. Miałem nadzieję, że to Ann. Zaskoczony spostrzegłem Fionnę i tego idiotycznego, tłustego kota - Cake. 
     - Co robisz? - Spytałem.
    Co prawda blondynka z pewnością umiałaby się obronić, ale mimo wszystko spacer w lesie nie był najlepszym pomysłem. Gdy pomyślałem o Ann błąkającej się gdzieś między drzewami, poczułem jeszcze większe zdenerwowanie. Gorzej, że nawet tak pechowy scenariusz w porównaniu do reszty był całkiem szczęśliwy. W okolicy przecież nadal grasowało stado.
    - Cześć Marshall! Właśnie do ciebie szłam! - Powiedziała wesoło.
    - Ach tak? - Odparłem nieco zaskoczony.
    - Ostatnio byłam w hotelu i okazało się, że nie ma tam Ann. Chciałam spytać, czy nie wiesz gdzie mogłaby być - wyjaśniła na jednym tchu.
    - To oboje jej szukamy. - westchnąłem.
    Fionna spojrzała na mnie nierozumiejącym wzrokiem.
    - Chodź - mruknąłem.
    Po drodze wyjaśniłem jej w skrócie ostatnie wydarzenia.
    - Pomogę ci szukać - zaoferowała.
    Skinęłem głową. Wiedziałem, że nie dam rady jej przekonać, żeby wróciła do domu. Tak więc całą trójką ruszyliśmy leśną drogą. Cake bardzo mnie irytowała, więc wolałem trzymać się na przodzie. 
    Minęła kolejna godzina. Jestem pewny, że gdyby nie głuche puknięcie, z pewnością przeoczył bym małe drzwi, obrośnięte bluszczem.
    - Fionna! - Zawołałem do blondynki.
    Chwilę później tkwiliśmy pod ukrytym przejściem.
     - To drzwi - powiedziała zdziwniona.
     - Spostrzegawcza jesteś - burknąłem pod nosem, siłując się z klamką. Zamknięte.
     - Marshall? - Usłyszałam cichy, przytłumiony głosik.
     - To ja. Zaraz cię stąd wyciągnę, obiecuję. Lepiej odsuń się od drzwi - poradziłem.
     - Walnąłem z całej siły w drewno. Tak jak podejrzewałem, pod siłą nacisku złamały się na pół. Pchnąłem je ponownie, torując sobie drogę do środka. Po chwili razem z Fionną i Cake weszliśmy do środka. Wnętrze okazało się zatęchłą piwnicą. W kącie zauważyłem Ann. Siedziała skulona, chyba płakała. Nim zdołałem cokolwiek zrobić, do dziewczyny podbiegła blondynka dusząc ją w niedźwiedzim uścisku. Po jakże ckliwym przywitaniu postanowiliśmy się stąd wydostać. To miejsce nie napawało entuzjazmem. 
     



* Wracamy do perspektywy ze strony Ann, cofając się o godzinę od znalezienia * 

     
    Gdy się obudziłam, przeraziła mnie dziwna ciemność. Na szczęście po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do mroku i mogłam dostrzec więcej szczegółów. Kamienne ściany, zimna podłoga, drewniane drzwi związane łańcuchem... Nie wyglądało to najlepiej. Podeszłam do drzwi. Zamknięte. Wokół nie było dosłownie niczego. Nigdy nie miałam klaustrofobii, ale to miejsce dziwnie mnie przerażało. Szczególnie, że ostatnią rzeczą jaką pamiętałam, była rozmowa z Garhotem. Usiadłam ponerwowana na podłodze, starając się wymyślić coś sensownego. 
    Moją chwilową histerię przerwał głuchy trzask. Później następny. Dobiegał ze ściany na przeciw i był przerażający. Chwilę potem rozległo się wycie, bardzo głośne i żałosne. Moje serce przyspieszyło. Co tam się dzieje? Kolejny łomot. Wszystko ucichło. Doszłam do wniosku, że cisza była jeszcze gorsza. Bałam się. Po piętnastu minutach usłyszałam przytłumiony, niski głos.
    - Skończone, możemy wracać.
    - A co z nimi? - Spytał drugi głos z obrzydzeniem.
    -  Weź je, oni także zasługują na pochówek.
    Do moich uszu dobiegło jakby szuranie, a później dziwny szum. Po dwóch sekundach wszystko ustało. 
     Skuliłam się w kącie. Kim były te dwa głosy? Co się tam stało? A może po prostu zwariowałam? Mimowolnie, po moich policzkach spłynęły łzy.  Płakałam tak przez dobre trzydzieści minut. Z owego stanu wyzwolił mnie odgłos cichej rozmowy, niedaleko drzwi. Zdesperowana zaczęłam walić w drzwi, aż rozbolała mnie ręka. 
     Głosy się przybliżyły i omal nie rozpłakałam się znowu, choć tym razem ze szczęścia.
    - Marshall? - Spytałam cicho.
   Odpowiedział mi zdenerwowanym głosem, w którym wyczułam ulgę. Za jego radą odsunęłam się od drzwi, które po chwili zmieniły się w drzazgi. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ktoś mnie objął, niemal łamiąc kości. Dostrzegłam kosmyk blond włosów.
    - Fionna? Co ty tu robisz? - Zdziwiłam się.
    - To długa historia. Powinniśmy się zbierać - powiedziała dziewczyna. 
    Skinęłam głową, uściskując jeszcze wampira  i Cake. Wyszliśmy z piwnicy, ale nie dane było nam się nacieszyć wolnością, bo w tym samym momencie ktoś pociągnął mnie boleśnie za rękę.
    - A co my tu mamy? - Spytał jeden z wilkołaków .
    Pozostała trójka również została złapana. Nawet Marshall, choć musiały go trzymać aż dwie osoby. 
    - Gdzie podziała się reszta?  - Zdziwił się jeden z napastników.
    - Cholera, powinni stać na straży! - Warknął drugi.
    Zostałam zaciągnięta do drugich, niezauważonych przez mnie drzwi. Przeszliśmy przez korytarz. Zaskoczona spostrzegłam, że nigdzie nie ma ani śladu po bytności wilkołaków lub choćby Garhota. Napastnicy również byli zdziwnieni. Wepchnęli nas do pokoju niemal identycznego co wcześniejszy. 
    - Cholera! - warknął poirytowany wampir.
    - To dziwne, nigdzie nie było strażników - stwierdziła Fionna. - Słyszeliście ich?
    - Tak. Chyba coś się tu wydarzyło - odparłam.
    Oboje spojrzeli na mnie unosząc brwi. Opowiedziałam im w skrócie o tym co wydarzyło się przed ich przybyciem.
    - Faktycznie, to dość niepokojące - powiedział zamyślony wampir.
    - Musimy się stąd wydostać - odparła blondynka.
    - Ciekawe jak - prychął Marshall. - Nawet jeśli rozwalę drzwi nie mamy pewności, że nas nie złapią.
     - Nie wszystko stracone, mam miecz! - Oznajmiła Fionna, tryumfalnie wyciągając z plecaka ostrze.
    - Jeden miecz przeciwko pięciu napastnikom? Nawet ja miałbym z nimi problem - powiedział z niechęcią Marshall.
    - Nie bądź takim pesymistą! Poza tym mam genialny pomysł! - Odparła tajemniczo.
    - Jaki?
    - No więc tak... Ann zacznie krzyczeć, że zaatakował ją Marshall. Przybiegną strażnicy. Wtedy Zaatakujemy z zaskoczenia i BAM! Uciekniemy! - Wyjaśniła radośnie.
    - To nie wypali - skwitował wampir.
    - Mogłabym spróbować wywołać sztuczny ogień. Niczego nie spali, ale będą zajęci ugaszaniem go - zaproponowałam.
    - Wtedy rozwaliłbyś drzwi. To mogłoby się udać - stwierdziła Fionna.
    - Już lepiej - powiedział Marshall, uśmiechając się szeroko.
    Zamknęłam oczy, starając się uspokoić. Przywołałam w myślach korytarz, którym nas ciągnięto.
    - Dasz radę, Ann - usłyszałam za sobą wampira.
    Nie chciałam ich zawieść. Mój wyobrażony korytarz zapłonął niebieskim ogniem. Wrzaski zza ściany uświadomiły mnie, że się udało.
    - Teraz! - Zawołała blondynka.
    Drzwi roztrzaskały się na małe kawałeczki, a nasza czwórka wybiegła.
    - Nie zwracajcie uwagi na ogień, to tylko iluzja. Musimy się śpieszyć, zaraz się zorientują.
    Weszliśmy do pierwszych lepszych drzwi spotkanych po drodze. W środku znajdował się ogromny stół z krzesłami i kilka kartek porozrzucanych po podłodze. Dopiero po chwili zauważyłam na ścianie zakrzepłą krew. Niektóre miejsca na podłodze były czarne, jakgdyby uderzyło w nie coś silnego. Pokój wyglądał jak po walce. Schyliłam się. Kartki były częściowo spalone, ale widać było na nich część słów. Zmroził mnie fakt, że na jednym z arkuszy jest moje imię. Było tam ponad dziesięć nazw, jak podejrzewałam, lista osób. Niektóre imiona były skreślone. Wśród nich dostrzegłam moją matkę. Na chwilę mnie zmroziło. Co oznaczał ten plan?
     - Ann! Pospiesz się! - Ponagliła blondynka stojąc w otwartych drzwiach.
     Jak się okazało prowadziły one na zewnątrz. Wybiegliśmy całą czwórką, kierując się w stronę domu Marshalla. Głowa bolała mnie od tłoczących się tam emocji. Strach. Ulga. Niepokój. Radość. Zmęczenie. Byłam pewna, że sztuczny ogień już dawno znikł. 


*Po godzinie drogi*

    Podczas drogi Marshall wyjaśnił mi obecność Fionny i Cake. Próbowaliśmy zrozumieć co wydarzyło się w ,,bazie" Garhota, ale nic nie przychodziło nam do głowy. To było naprawdę dołujące. Wampir odstawił nas pod hotel. Długo nie chciał się zgodzić na mój powrót do domu, ale uznaliśmy w końcu, że las jest groźniejszym miejscem. Przez ten czas miała mi towarzyszyć Fionna. Byłam wdzięczna, że się o mnie troszczyli, ale nadmierna opieka utrzymywała mnie w przekonaniu, że jestem bezużyteczna i słaba.
 Gdy wróciliśmy pod ,,Mohito" niemal skakałam z radości. Nie było mnie tu prawie trzy dni. Weszłam do środka, ale recepcjonistka momentalnie mnie zatrzymała, podając mi moją walizkę. Nie za bardzo rozumiałam o co jej chodzi.

    - Przykro mi. Pani konto od wczoraj jest puste. Nie może pani dalej wynajmować u nas pokoju - wyjaśniła, wciskając mi do ręki bagaż.
     Zaniemówiłam. No tak, konto. Zapomniałam, że nie było tam zbyt dużo pieniędzy. To logiczne, że w końcu musieli mnie wyrzucić.
    - Chodź Ann, pójdziemy do mnie - powiedziała wreszcie blondynka.
    Pokiwałam tylko głową. Czułam się jak robot. W umyśle chłodno kalkulowałam, co mogłabym teraz zrobić. Straciłam mieszkanie. 
    Wkrótce doszliśmy na miejsce. Fionna nalała mi herbaty i podała mały podwieczorek. Byłam okropnie głodna. 
    - Jeśli chcesz, możesz tu narazie zamieszkać. Mam kilka wolnych pokoi, a bardzo chciałabym mieć współlokatorkę - zaproponowała.
    - Nie chciałabym się narzucać - odparłam, choć bardzo się ucieszyłam z jej propozycji.
    - Nie narzucasz! Będziemy najlepszymi przyjaciółkami! Kto wie... może nawet zdołam cię przekonać, że istnieją inne buty niż trampki - rozmarzyła się.
    - Wróć na ziemię Fionna - zaśmiałam się.
    Reszta dnia minęła całkiem spokojnie. Postanowiłam zamieszkać z blondynką, do czasu aż nie zdobędę własnego domku. Bardzo spodobała mi się okolica, w której mieszkała. Wybrałam się nawet na spacer wzdłuż jeziora. Wiem, to głupie z mojej strony po ostatnich wydarzeniach, ale musiałam się odstresować. Poza tym nie oddaliłam się zbytnio, więc Fionna w każdej chwili mogła mnie znaleźć. 
    Przejechałam ręką po gładkiej tafli wody. Przyroda w pewien sposób mnie uspokajała. Rozejrzałam się wokoło lustrując drzewa i krzewy rosnące niedaleko. Po drugiej stronie dostrzegłam dziewczynę. Miała długie blond włosy, które sięgały jej niemal do kolan i ubrana była w zieloną, sięgającą kostek suknię. Twarz miała schowaną w bukiecie kwiatów, który co chwilę upiększała dodając nowe elementy. Czując na sobie mój wzrok odwróciła się w moją stronę. Była naprawdę ładna, niemal anielska. Widząc mnie nieznajoma gwałtownie wstała i pobiegła w stronę drzew. Po chwili zniknęła mi z oczu. Zdziwiona taką rekacją również wstałam i ruszyłam w stronę domku Fionny. Ten dzień był naprawdę przytłaczający.


__________________________________________________________

R: Uff, skończone!
K: Aż mnie ręce bolą ;-;
R: A teraz, opowiem wam krótką historię pisania tego rozdziału. No więc tak... Rozdział pisałyśmy wcześniej z Kat na telefonie (moim) i trzeba było go przepisać na komputer. Wszystko dobrze, tylko że nie mogłam znaleźć komórki ;-; Chciałam zadzwonić z innej na mój telefon, ale niedawno zmieniłam numer i kompletnie zapomniałam co to były za cyferki xD. No i oczywiście znalazłam go dopiero po 20 minutach w zabawkach mojej siostry (naprawdę nie wiem, co on tam robił :/). Wracam przed komputer lekko wkurzona i wiecie co? Rozładował się i cały pisany wcześniej rozdział się usunął. Moja mina w tym momencie była z pewnością bezcenna. Tak więc zamiast skończyć o 13, mam opóźnienie o 3 godziny :c 
K: Hahahahhahahahahahahah
R: To nie było śmieszne!!!
K: Wybacz, ale wyobraziłam sobie twoją reakcję gdy usunął ci się rozdział xD
R: -.-"
K: Swoją drogą, czy to nie dziwne, że telefony co chwile się gubią? Mój też zawsze znajduje się w dziwnych miejscach xD
R: To podejrzane...
K: To wszystko przez lampy.
R: Od dawna przeczuwałam, że one coś knują. (Nie pytajcie, to dłuuuga historia xD)









poniedziałek, 23 listopada 2015

Rozdział 6, czyli jak znalazłam się w łóżku Marshalla.

R: Szczerze mówiąc tytuł rozbawił mnie do łez xD
K: Ale spokojnie, to tylko tak wygląda :D
R: A tak poza tym to rozdział miał być w sobotę ale jest dzisiaj, bo byłam chora.
K: ...psychicznie.
R: Nie przedłużając, zacznijmy ten parszywy rozdział ;-;

_________________________________________________________________

    Obudziłam się. Było mi dziwnie miękko i wygodnie. Przekręciłam się na bok, gdy nagle zdałam sobie sprawę, że taki manewr na moim łóżku nie jest możliwy i zaraz spadnę. Nic takiego nie nastąpiło. Otworzyłam zaskoczona oczy. Leżałam na dużym, białym łóżku. Pokój w którym się znajdowałam był mały i zapełniony książkami. To nie był hotel. To dlatego czułam, że łóżko jest o wiele wygodniejsze. Ale... jeśli nie jestem w hotelu, to gdzie?
    Zerwałam się podenerwowana z materaca, ale w tej samej chwili coś uderzyło mnie w ramię i upadłam na ziemię.
    - Ann? Już nie śpisz? - Usłyszałam znajomy, niski głos wampira.
    - Powiedzmy - mruknęłam niezadowolona, masując sobie plecy.
    - Ups - powiedział rozbawiony, pomagając mi wstać.
    - Wytłumaczysz mi gdzie jestem? - Powiedziałam po chwili.
    Ostatnie co pamiętałam to ucieczka, dziwne, przerażające stworzenia i.... Pokręciłam głową, by odpędzić od siebie natarczywe myśli.
    - U mnie - odparł.
    Rozbawienie ustąpiło poważnemu, zupełnie do niego niepasującemu wyrazowi twarzy, Uniosłam pytająco brew. Nie do końca wiedziałam jak z lasu znalazłam się w łóżku Marshalla.
    - Zemdlałaś. Zaniosłem cię tutaj, bo nie dokońca wiedziałem co z tobą zrobić. Możesz mi podziękować całusem - powiedział uśmiechając się łobuzersko.
    - Na to nie licz! - Zaśmiałam się. - Jakim cudem uciekłeś od... tych istot?
    - Umiem latać, nie miały szans - powiedział dumnie.
    - Tak tak, twoja przerażona mina mnie w tym utwierdziła - prychnęłam, choć sama pewnie nie wyglądałam lepiej.
    - Tylko udawałem - obruszył się. - A tak na poważnie, znasz tego... gościa z lasu, co nie?
    - Nie - powiedziałam o wiele szybko.
    Wampir uniósł kpiąco brwi. Nie wierzył mi.
    - To naprawdę ważne Ann - drążył.
    - Nie znam go - skłamałam.
    Westchnął.
    - Jeśli mi nie powiesz, zostawię cię w lesie - zagroził/
    - Nie zrobisz tego! - Zaprotestowałam.
    - Chcesz się przekonać? - Spytał z błyskiem w oku.
    Przerażał mnie.
    - Marshall...
    - Po prostu powiedz. Wiem, że go znasz. Nie zainteresowałby się tak zwykłym śmiertelnikiem. Poza tym, znał twoje imię - powiedział nieco łagodniej, choć nadal się go bałam.
    - To mój ojczym, a przynajmniej tak mi się wydaje, Jest demonem, potrafi się zmieniać w dowolną postać - wyjaśniłam.
    - Kim jest do cholery? To twój ojczym? - Spytał rozszerzając oczy.
    W normalnej sytuacji padłabym ze śmiechu, gdyby udało mi się go tak zaskoczyć. Ale to nie była normalna sytuacja, a mi wcale nie było do śmiechu...
    - To naprawdę przykra historia, nie chcę o tym mówić - wymamrotałam.
    - Rozumiem. Mam jeszcze jedno pytanie - powiedział.
    - Jakie? - Spytałam w miarę spokojnie.
    - Co robiłaś SAMA w lesie i to w dodatku w nocy? - Spytał.
    - Och... to długa historia - ucięłam.
    Bałam się jego reakcji. Już teraz nie wyglądał na zbyt zadowolonego. W dodatku, przecież zabronił mi się spotykać z Gumballem...
    - Mów, mamy czas - powiedział siadając na pobliskim fotelu. Usiadłam na podłodze, opierając się o ścianę.
    - Będziesz zły.
    - Już jestem zły. Postaram się opanować - odparł ironicznie,
    Niezbyt mnie to przekonało. Rozumiałam, że jest wkurzony bo mimo jego przestrogi poszłam do lasu, ale nie musiał z tego robić przesłuchania.
    - Książe Balonowy zaprosił mnie do baru. Zgodziłam się, z początku było całkiem fajnie. Ale on się upił i... i uciekłam - wydukałam czując, że łzy napływają mi do oczu.
    Popatrzyłam zaniepokojona na Marshalla. Milczał. Jego dłonie zacisnęły się na oparciu fotela, aż pobielały mu kłykcie.
    - Coś ci zrobił? - Spytał, ale zabrzmiało to jak warknięcie.
    - Nie.
    - Mówiłem ci, że to debil.
    Wampir podniósł się gwałtownie z miejsca i podążył do drzwi. Niepewnie ruszyłam za nim.
    - Gdzie idziesz? - Spytałam.
    - Zaraz wrócę.
    - Zostawisz mnie tu? Zaprowadź mnie chociaż do hotelu - poprosiłam.
    - Skoro ten demon jest twoim ojczymem, z pewnością nie będziesz tam bezpieczna. Wyczuje cię.
    - A tu jestem? - Prychnęłam.
    Bałam się zostać sama. Wciąż nie mieściło mi się w głowie, że mnie znalazł. Moja ucieczka poszła na marne. Wizja wczorajszej nocy mnie przerażała. A co jeśli następne miały być gorsze?
    - Ten dom jest nieźle ukryty. Poza tym o ile mi wiadomo, demony nie mogą wychodzić na światło dzienne.- wyjaśnił.
    - Ale...
    - Naprawdę zaraz wrócę, obiecuję - przyrzekł uśmiechając się ciepło.
    Chwilę później go nie było.



* Z pespektywy Marshalla *

    Po piętnastu minutach znalazłem się w znajomej okolicy. Rzygać mi się chciało od panującego tu wszędzie różu.
    Wylądowałem gładko na balonie Gumballa. Zastukałem -  choć bardziej pasowałoby określenie -prawie rozbiłem szybę. Otworzył mi jeden z jego podwładnych Nieco się przestraszył.
     - T-tak?
     - Gdzie Książe Balonowy? - Spytałem przez zaciśnięte zęby.
     - Nie ma, nie wrócił wczoraj - wyjaśnił.
    Nie słuchając go dalej, odleciałem. Ann mówiła, że byli w barze. Skoro się upił, to logiczne, że tu nie dotarł. W pobliżu było mnóstwo tego typu miejscówek, ale na szczęście tylko jedna znajdowała się blisko lasu. Skierowałem się w tamtą stronę. Już z daleka dostrzegłem znajomą sylwetkę jego auta. Chwilę później wylądowałem na dachu. Zobaczyłem przez okno, że śpi na tylnym siedzeniu. Wywlokłem go z samochodu, wyrywając przy tym przypadkowo drzwiczki. Trudno, jego problem.
    - Co się dzieje? - Wymamrotał skołowany chłopak.
    - Co robiłeś wczoraj z Ann? - Spytałem cudem go jeszcze nie zabijając.
    - Nie pamiętam, za dużo wypiłem - wybełkotał. - Byłem z Ann?
    Tego było już za wiele. Przywaliłem mu w twarz, wywołując krwawienie nosa. Chciał mi oddać, ale cóż... nie oszukując się nie był dobry w walce. Zadałem jeszcze kilka ciosów, a potem rzuciłem go na maskę samochodu. Miałem ważniejsze sprawy do załatwienie, wykończenie go mogło jeszcze poczekać. Choć nie powiem, była to kusząca propozycja.
    - Nie zbliżaj się do niej - powiedziałem i wleciałem do góry.
    Wróciłem do znanej mi leśnej chatki. Złość szybko ustąpiła rozbawieniu. Zastanawiało mnie, co Ann robi podczas mojej nieobecności. Nie powiem, była naprawdę urocza, choć nadal pozostawała zwykłą śmiertelniczką. Przecież nie mogłem się w niej zakochać, prawda?


* Wracamy do opowiadanka z perspektywy Anabell *

     Po przeglądzie lodówki Marshalla, zlustrowaniu jego nieco skromnej biblioteczki i posprzątaniu mocno zabałaganionego salonu, zaczęłam się nudzić. Na szczęście po chwili wrócił wampir. Miał potargane włosy i zmiętą koszulę, ale przynajmniej nie był już zły.
    - Gdzie byłeś? - Spytałam.
    - Odwiedziłem Gumballa - powiedział usatysfakcjonowany.
    Balonowego Księcia? To nie wróżyło nic dobrego.
    - Żyje? - Spytałam niepewnie, wyobrażając sobie twarz różowego w zetknięciu z wnerwionym wampirem.
    - Jeszcze - odrzekł, kierując się w stronę lodówki. Wyciągnął z tamtąd butelkę z dziwnie czerwoną zawartością.
    - Co to?
    - Krew. Chcesz trochę? - Spytał rozbawiony, uśmiechając się szeroko.
    Na ułamek sekundy dostrzegłam jego długie, zaostrzone kły. (dopisek aut. Cud że jeszcze nie porysował tymi kłami podłogi xD). No tak, przecież był wampirem. Musiał się pożywiać.
    - Nie dzięki - wymamrotałam zmieszana.
    - Spróbuję się dowiedzieć gdzie jest stado. Mam nadzieję, że nas ominęło - westchnął upijając spory łyk czerwonej cieczy.
    - Ja też mam dwa pytania - powiedziałam nagle.
    Uniósł pytająco brwi.
    - Co to było? No wiesz... to w lesie.
    - Wilkołaki. Dlatego nie powinnaś się kręcić w nocy w lesie, są niebezpieczne. Nie widziałem żadnego od wielu lat. Dopiero niedawno się pojawiły, mają spore stado.
    - Więc dlaczego byłeś wtedy w lesie?
    - Wkurzają mnie, próbuje je namierzyć. Jeśli tak dalej pójdzie, dotrą do miasta - zdenerwował się.
    - Nie powinneś ich szukać w pojedynkę - stwierdziłam zmartwiona.
    - A co, martwisz się o mnie? - Spytał z łobuzerskim uśmiechem.
    - Nie.. to znaczy tak... Ugh! Nieważne! Idę z tobą - postanowiłam.
    - Gdzie? - Zdziwił się.
    - Do lasu, namierzyć wilkołaki - wyjaśniłam.
    - Chyba sobie żartujesz.
    - Mówię serio! - Zaprotestowałam.
    - Nie ma mowy, to niebezpieczne - uciął.
    - Chcę iść z tobą - uparłam się.
    - Posłuchaj Ann - westchnął. - Będziesz przeszkadzać. Ja jestem wampirem, ty śmiertelniczką. To zły pomysł.
    - Nie zauważą mnie!
    - Nie idziesz i koniec.
    - Zostawisz mnie tu na noc? - Niedowierzałam.
    Trafiłam w czuły punkt. Nie przemyślał tego.
    - Będę niedaleko. W razie czego zawróce - zdecydował.
    - Ale...
    - Nic mi nie będzie Ann, nawet nie zauważą - przyrzekł.
     Nie zdążyłam zaprotestować, ponieważ w tym samym momencie znikł za drzwiami. Chciałam ruszyć za nim, ale miał rację. Byłam tylko człowiekiem, a moją jedyną mocą była nierozwinięta iluzja. Zupełnie bezużyteczna. Postanowiłam spokojnie poczekać do jego powrotu. Może faktycznie byłam nadwrażliwa?
   Około północy usłyszałam wreszcie kroki. W drzwiach pojawił się Marshall. Miał podartą koszulę i przerażenie wypisane na twarzy.
- Musimy uciekać! - Wrzasnął.



R: I znowu w takim momencie xD
K: To już zaczyna nam wchodzić w krew.
R: Tak samo jak spacery w nocy xD Nie ma to jak łazić w całkowitej ciemności przez trawę i opowiadać sobie straszne historie ^_^
K: Oj tak. Szczególnie, że jak opowiadałam o Krwawej Merry to w Admacie zgasło światło °_°
R: To spisek lamp. One tylko czyhają by spaść nam na głowę...
K: Dobra Rose, spokojnie xD
R: Wybacz, znowu piłam czekoladę od tej podejrzanej pani ;-;