niedziela, 29 listopada 2015

Rozdział 7, czyli naprawdę dziwne rzeczy.

Tak wiemy, rozdział miał być wcześniej :/ Niestety, trudno jest nam się spotkać w dni robocze, ale będziemy się starać :* Dedykujemy ten rozdział Mirami, która mnidzielnie przedziera się przez kolejne notki i umila nam dzień wspaniałymi komentarzami <3 

________________________________________________________________________

    - Musimy uciekać!
    Nie zdążyłam nawet spytać co się stało, ponieważ wampir pociągnął mnie zdecydowanie na dwór, prawie przewracając. Po chwili biegu zdyszana przystanęłam. Byłam przestraszona jego gwałtowną reakcją i nieco za tak brutalną ucieczkę.
    - Co ty robisz? - Warknął.
    - Najpierw wytłumacz mi dlaczego biegniemy!
    - Znalazłem lepsze miejsce - wyjaśnił pospiesznie.
    - Przecież mówiłeś, że twój dom...
    - Zmieniłem zdanie. Nie ociągaj się - uciął.
    - Gdzie idziemy? - Drążyłam.
    - Nieważne.
    Byłam urażona jego zachowaniem. Nigdy nie traktował mnie w ten sposób...
    - Anabell! No idź!
    Zamiast go posłuchać, stanęłam w miejscu. Anabell? Nikt mnie tak nie nazywał. Chociaż była jedna osoba...
    - Nie jesteś Marshallem. Wiem, że to ty Garhot - odparłam cofając się niepewnie. (dop. aut. Wybaczcie za tak beznadziejne imię. Nasza wena postanowiła sobie zrobić wakacje :/)
    Postać wampira zadygotała i zrobiła się niewyraźna. Sylwetka się powiększyła, z pleców wyrosły zgniłozielone skrzydła, a na głowie pojawiły się zaostrzone rogi. Po chwili stanął przede mną ojczym.
     - Witaj Anabell, dawno się nie widzieliśmy - powiedział z szyderczym uśmiechem.
     - Odejdź! - Wrzasnęłam.
     Przed oczami migotał mi obraz zamordowanej matki. Byłam przerażona i zła. Próbowałam wzniecić iluzjonistyczny ogień, ale byłam zbyt przestraszona. Nie panowałam nad emocjami.
     - Twoja moc jest bezużyteczna - prychnął.
     Chciałam uciec, ale poczułam ostry ból z tyłu głowy. Chwilę później upadłam i ogarnęła mnie wszechobecna ciemność.




* Z perspektywy Marshalla ( Tego prawdziwego xD ) *

    Wróciłem do domu. Od razu zaintrygowała mnie dziwna cisza. Czyżby Ann zasnęła? Przeszukałem pokoje, ale ku mojemu zdziwieniu po dziewczynie nie było śladu. Zaniepokojony rozejrzałem się po okolicy, ale na marne. Tam również jej nie było. W pośpiechu wybiegłem przez dom. Postanowiłem przeszukać las, a przynajmniej najbliższą okolicę. 
    Zdenerwowany wzniosłem się w niebo. Po godzinie wreszcie gdzieś dostrzegłem ruch. Zniżyłem lot. Miałem nadzieję, że to Ann. Zaskoczony spostrzegłem Fionnę i tego idiotycznego, tłustego kota - Cake. 
     - Co robisz? - Spytałem.
    Co prawda blondynka z pewnością umiałaby się obronić, ale mimo wszystko spacer w lesie nie był najlepszym pomysłem. Gdy pomyślałem o Ann błąkającej się gdzieś między drzewami, poczułem jeszcze większe zdenerwowanie. Gorzej, że nawet tak pechowy scenariusz w porównaniu do reszty był całkiem szczęśliwy. W okolicy przecież nadal grasowało stado.
    - Cześć Marshall! Właśnie do ciebie szłam! - Powiedziała wesoło.
    - Ach tak? - Odparłem nieco zaskoczony.
    - Ostatnio byłam w hotelu i okazało się, że nie ma tam Ann. Chciałam spytać, czy nie wiesz gdzie mogłaby być - wyjaśniła na jednym tchu.
    - To oboje jej szukamy. - westchnąłem.
    Fionna spojrzała na mnie nierozumiejącym wzrokiem.
    - Chodź - mruknąłem.
    Po drodze wyjaśniłem jej w skrócie ostatnie wydarzenia.
    - Pomogę ci szukać - zaoferowała.
    Skinęłem głową. Wiedziałem, że nie dam rady jej przekonać, żeby wróciła do domu. Tak więc całą trójką ruszyliśmy leśną drogą. Cake bardzo mnie irytowała, więc wolałem trzymać się na przodzie. 
    Minęła kolejna godzina. Jestem pewny, że gdyby nie głuche puknięcie, z pewnością przeoczył bym małe drzwi, obrośnięte bluszczem.
    - Fionna! - Zawołałem do blondynki.
    Chwilę później tkwiliśmy pod ukrytym przejściem.
     - To drzwi - powiedziała zdziwniona.
     - Spostrzegawcza jesteś - burknąłem pod nosem, siłując się z klamką. Zamknięte.
     - Marshall? - Usłyszałam cichy, przytłumiony głosik.
     - To ja. Zaraz cię stąd wyciągnę, obiecuję. Lepiej odsuń się od drzwi - poradziłem.
     - Walnąłem z całej siły w drewno. Tak jak podejrzewałem, pod siłą nacisku złamały się na pół. Pchnąłem je ponownie, torując sobie drogę do środka. Po chwili razem z Fionną i Cake weszliśmy do środka. Wnętrze okazało się zatęchłą piwnicą. W kącie zauważyłem Ann. Siedziała skulona, chyba płakała. Nim zdołałem cokolwiek zrobić, do dziewczyny podbiegła blondynka dusząc ją w niedźwiedzim uścisku. Po jakże ckliwym przywitaniu postanowiliśmy się stąd wydostać. To miejsce nie napawało entuzjazmem. 
     



* Wracamy do perspektywy ze strony Ann, cofając się o godzinę od znalezienia * 

     
    Gdy się obudziłam, przeraziła mnie dziwna ciemność. Na szczęście po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do mroku i mogłam dostrzec więcej szczegółów. Kamienne ściany, zimna podłoga, drewniane drzwi związane łańcuchem... Nie wyglądało to najlepiej. Podeszłam do drzwi. Zamknięte. Wokół nie było dosłownie niczego. Nigdy nie miałam klaustrofobii, ale to miejsce dziwnie mnie przerażało. Szczególnie, że ostatnią rzeczą jaką pamiętałam, była rozmowa z Garhotem. Usiadłam ponerwowana na podłodze, starając się wymyślić coś sensownego. 
    Moją chwilową histerię przerwał głuchy trzask. Później następny. Dobiegał ze ściany na przeciw i był przerażający. Chwilę potem rozległo się wycie, bardzo głośne i żałosne. Moje serce przyspieszyło. Co tam się dzieje? Kolejny łomot. Wszystko ucichło. Doszłam do wniosku, że cisza była jeszcze gorsza. Bałam się. Po piętnastu minutach usłyszałam przytłumiony, niski głos.
    - Skończone, możemy wracać.
    - A co z nimi? - Spytał drugi głos z obrzydzeniem.
    -  Weź je, oni także zasługują na pochówek.
    Do moich uszu dobiegło jakby szuranie, a później dziwny szum. Po dwóch sekundach wszystko ustało. 
     Skuliłam się w kącie. Kim były te dwa głosy? Co się tam stało? A może po prostu zwariowałam? Mimowolnie, po moich policzkach spłynęły łzy.  Płakałam tak przez dobre trzydzieści minut. Z owego stanu wyzwolił mnie odgłos cichej rozmowy, niedaleko drzwi. Zdesperowana zaczęłam walić w drzwi, aż rozbolała mnie ręka. 
     Głosy się przybliżyły i omal nie rozpłakałam się znowu, choć tym razem ze szczęścia.
    - Marshall? - Spytałam cicho.
   Odpowiedział mi zdenerwowanym głosem, w którym wyczułam ulgę. Za jego radą odsunęłam się od drzwi, które po chwili zmieniły się w drzazgi. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ktoś mnie objął, niemal łamiąc kości. Dostrzegłam kosmyk blond włosów.
    - Fionna? Co ty tu robisz? - Zdziwiłam się.
    - To długa historia. Powinniśmy się zbierać - powiedziała dziewczyna. 
    Skinęłam głową, uściskując jeszcze wampira  i Cake. Wyszliśmy z piwnicy, ale nie dane było nam się nacieszyć wolnością, bo w tym samym momencie ktoś pociągnął mnie boleśnie za rękę.
    - A co my tu mamy? - Spytał jeden z wilkołaków .
    Pozostała trójka również została złapana. Nawet Marshall, choć musiały go trzymać aż dwie osoby. 
    - Gdzie podziała się reszta?  - Zdziwił się jeden z napastników.
    - Cholera, powinni stać na straży! - Warknął drugi.
    Zostałam zaciągnięta do drugich, niezauważonych przez mnie drzwi. Przeszliśmy przez korytarz. Zaskoczona spostrzegłam, że nigdzie nie ma ani śladu po bytności wilkołaków lub choćby Garhota. Napastnicy również byli zdziwnieni. Wepchnęli nas do pokoju niemal identycznego co wcześniejszy. 
    - Cholera! - warknął poirytowany wampir.
    - To dziwne, nigdzie nie było strażników - stwierdziła Fionna. - Słyszeliście ich?
    - Tak. Chyba coś się tu wydarzyło - odparłam.
    Oboje spojrzeli na mnie unosząc brwi. Opowiedziałam im w skrócie o tym co wydarzyło się przed ich przybyciem.
    - Faktycznie, to dość niepokojące - powiedział zamyślony wampir.
    - Musimy się stąd wydostać - odparła blondynka.
    - Ciekawe jak - prychął Marshall. - Nawet jeśli rozwalę drzwi nie mamy pewności, że nas nie złapią.
     - Nie wszystko stracone, mam miecz! - Oznajmiła Fionna, tryumfalnie wyciągając z plecaka ostrze.
    - Jeden miecz przeciwko pięciu napastnikom? Nawet ja miałbym z nimi problem - powiedział z niechęcią Marshall.
    - Nie bądź takim pesymistą! Poza tym mam genialny pomysł! - Odparła tajemniczo.
    - Jaki?
    - No więc tak... Ann zacznie krzyczeć, że zaatakował ją Marshall. Przybiegną strażnicy. Wtedy Zaatakujemy z zaskoczenia i BAM! Uciekniemy! - Wyjaśniła radośnie.
    - To nie wypali - skwitował wampir.
    - Mogłabym spróbować wywołać sztuczny ogień. Niczego nie spali, ale będą zajęci ugaszaniem go - zaproponowałam.
    - Wtedy rozwaliłbyś drzwi. To mogłoby się udać - stwierdziła Fionna.
    - Już lepiej - powiedział Marshall, uśmiechając się szeroko.
    Zamknęłam oczy, starając się uspokoić. Przywołałam w myślach korytarz, którym nas ciągnięto.
    - Dasz radę, Ann - usłyszałam za sobą wampira.
    Nie chciałam ich zawieść. Mój wyobrażony korytarz zapłonął niebieskim ogniem. Wrzaski zza ściany uświadomiły mnie, że się udało.
    - Teraz! - Zawołała blondynka.
    Drzwi roztrzaskały się na małe kawałeczki, a nasza czwórka wybiegła.
    - Nie zwracajcie uwagi na ogień, to tylko iluzja. Musimy się śpieszyć, zaraz się zorientują.
    Weszliśmy do pierwszych lepszych drzwi spotkanych po drodze. W środku znajdował się ogromny stół z krzesłami i kilka kartek porozrzucanych po podłodze. Dopiero po chwili zauważyłam na ścianie zakrzepłą krew. Niektóre miejsca na podłodze były czarne, jakgdyby uderzyło w nie coś silnego. Pokój wyglądał jak po walce. Schyliłam się. Kartki były częściowo spalone, ale widać było na nich część słów. Zmroził mnie fakt, że na jednym z arkuszy jest moje imię. Było tam ponad dziesięć nazw, jak podejrzewałam, lista osób. Niektóre imiona były skreślone. Wśród nich dostrzegłam moją matkę. Na chwilę mnie zmroziło. Co oznaczał ten plan?
     - Ann! Pospiesz się! - Ponagliła blondynka stojąc w otwartych drzwiach.
     Jak się okazało prowadziły one na zewnątrz. Wybiegliśmy całą czwórką, kierując się w stronę domu Marshalla. Głowa bolała mnie od tłoczących się tam emocji. Strach. Ulga. Niepokój. Radość. Zmęczenie. Byłam pewna, że sztuczny ogień już dawno znikł. 


*Po godzinie drogi*

    Podczas drogi Marshall wyjaśnił mi obecność Fionny i Cake. Próbowaliśmy zrozumieć co wydarzyło się w ,,bazie" Garhota, ale nic nie przychodziło nam do głowy. To było naprawdę dołujące. Wampir odstawił nas pod hotel. Długo nie chciał się zgodzić na mój powrót do domu, ale uznaliśmy w końcu, że las jest groźniejszym miejscem. Przez ten czas miała mi towarzyszyć Fionna. Byłam wdzięczna, że się o mnie troszczyli, ale nadmierna opieka utrzymywała mnie w przekonaniu, że jestem bezużyteczna i słaba.
 Gdy wróciliśmy pod ,,Mohito" niemal skakałam z radości. Nie było mnie tu prawie trzy dni. Weszłam do środka, ale recepcjonistka momentalnie mnie zatrzymała, podając mi moją walizkę. Nie za bardzo rozumiałam o co jej chodzi.

    - Przykro mi. Pani konto od wczoraj jest puste. Nie może pani dalej wynajmować u nas pokoju - wyjaśniła, wciskając mi do ręki bagaż.
     Zaniemówiłam. No tak, konto. Zapomniałam, że nie było tam zbyt dużo pieniędzy. To logiczne, że w końcu musieli mnie wyrzucić.
    - Chodź Ann, pójdziemy do mnie - powiedziała wreszcie blondynka.
    Pokiwałam tylko głową. Czułam się jak robot. W umyśle chłodno kalkulowałam, co mogłabym teraz zrobić. Straciłam mieszkanie. 
    Wkrótce doszliśmy na miejsce. Fionna nalała mi herbaty i podała mały podwieczorek. Byłam okropnie głodna. 
    - Jeśli chcesz, możesz tu narazie zamieszkać. Mam kilka wolnych pokoi, a bardzo chciałabym mieć współlokatorkę - zaproponowała.
    - Nie chciałabym się narzucać - odparłam, choć bardzo się ucieszyłam z jej propozycji.
    - Nie narzucasz! Będziemy najlepszymi przyjaciółkami! Kto wie... może nawet zdołam cię przekonać, że istnieją inne buty niż trampki - rozmarzyła się.
    - Wróć na ziemię Fionna - zaśmiałam się.
    Reszta dnia minęła całkiem spokojnie. Postanowiłam zamieszkać z blondynką, do czasu aż nie zdobędę własnego domku. Bardzo spodobała mi się okolica, w której mieszkała. Wybrałam się nawet na spacer wzdłuż jeziora. Wiem, to głupie z mojej strony po ostatnich wydarzeniach, ale musiałam się odstresować. Poza tym nie oddaliłam się zbytnio, więc Fionna w każdej chwili mogła mnie znaleźć. 
    Przejechałam ręką po gładkiej tafli wody. Przyroda w pewien sposób mnie uspokajała. Rozejrzałam się wokoło lustrując drzewa i krzewy rosnące niedaleko. Po drugiej stronie dostrzegłam dziewczynę. Miała długie blond włosy, które sięgały jej niemal do kolan i ubrana była w zieloną, sięgającą kostek suknię. Twarz miała schowaną w bukiecie kwiatów, który co chwilę upiększała dodając nowe elementy. Czując na sobie mój wzrok odwróciła się w moją stronę. Była naprawdę ładna, niemal anielska. Widząc mnie nieznajoma gwałtownie wstała i pobiegła w stronę drzew. Po chwili zniknęła mi z oczu. Zdziwiona taką rekacją również wstałam i ruszyłam w stronę domku Fionny. Ten dzień był naprawdę przytłaczający.


__________________________________________________________

R: Uff, skończone!
K: Aż mnie ręce bolą ;-;
R: A teraz, opowiem wam krótką historię pisania tego rozdziału. No więc tak... Rozdział pisałyśmy wcześniej z Kat na telefonie (moim) i trzeba było go przepisać na komputer. Wszystko dobrze, tylko że nie mogłam znaleźć komórki ;-; Chciałam zadzwonić z innej na mój telefon, ale niedawno zmieniłam numer i kompletnie zapomniałam co to były za cyferki xD. No i oczywiście znalazłam go dopiero po 20 minutach w zabawkach mojej siostry (naprawdę nie wiem, co on tam robił :/). Wracam przed komputer lekko wkurzona i wiecie co? Rozładował się i cały pisany wcześniej rozdział się usunął. Moja mina w tym momencie była z pewnością bezcenna. Tak więc zamiast skończyć o 13, mam opóźnienie o 3 godziny :c 
K: Hahahahhahahahahahahah
R: To nie było śmieszne!!!
K: Wybacz, ale wyobraziłam sobie twoją reakcję gdy usunął ci się rozdział xD
R: -.-"
K: Swoją drogą, czy to nie dziwne, że telefony co chwile się gubią? Mój też zawsze znajduje się w dziwnych miejscach xD
R: To podejrzane...
K: To wszystko przez lampy.
R: Od dawna przeczuwałam, że one coś knują. (Nie pytajcie, to dłuuuga historia xD)









poniedziałek, 23 listopada 2015

Rozdział 6, czyli jak znalazłam się w łóżku Marshalla.

R: Szczerze mówiąc tytuł rozbawił mnie do łez xD
K: Ale spokojnie, to tylko tak wygląda :D
R: A tak poza tym to rozdział miał być w sobotę ale jest dzisiaj, bo byłam chora.
K: ...psychicznie.
R: Nie przedłużając, zacznijmy ten parszywy rozdział ;-;

_________________________________________________________________

    Obudziłam się. Było mi dziwnie miękko i wygodnie. Przekręciłam się na bok, gdy nagle zdałam sobie sprawę, że taki manewr na moim łóżku nie jest możliwy i zaraz spadnę. Nic takiego nie nastąpiło. Otworzyłam zaskoczona oczy. Leżałam na dużym, białym łóżku. Pokój w którym się znajdowałam był mały i zapełniony książkami. To nie był hotel. To dlatego czułam, że łóżko jest o wiele wygodniejsze. Ale... jeśli nie jestem w hotelu, to gdzie?
    Zerwałam się podenerwowana z materaca, ale w tej samej chwili coś uderzyło mnie w ramię i upadłam na ziemię.
    - Ann? Już nie śpisz? - Usłyszałam znajomy, niski głos wampira.
    - Powiedzmy - mruknęłam niezadowolona, masując sobie plecy.
    - Ups - powiedział rozbawiony, pomagając mi wstać.
    - Wytłumaczysz mi gdzie jestem? - Powiedziałam po chwili.
    Ostatnie co pamiętałam to ucieczka, dziwne, przerażające stworzenia i.... Pokręciłam głową, by odpędzić od siebie natarczywe myśli.
    - U mnie - odparł.
    Rozbawienie ustąpiło poważnemu, zupełnie do niego niepasującemu wyrazowi twarzy, Uniosłam pytająco brew. Nie do końca wiedziałam jak z lasu znalazłam się w łóżku Marshalla.
    - Zemdlałaś. Zaniosłem cię tutaj, bo nie dokońca wiedziałem co z tobą zrobić. Możesz mi podziękować całusem - powiedział uśmiechając się łobuzersko.
    - Na to nie licz! - Zaśmiałam się. - Jakim cudem uciekłeś od... tych istot?
    - Umiem latać, nie miały szans - powiedział dumnie.
    - Tak tak, twoja przerażona mina mnie w tym utwierdziła - prychnęłam, choć sama pewnie nie wyglądałam lepiej.
    - Tylko udawałem - obruszył się. - A tak na poważnie, znasz tego... gościa z lasu, co nie?
    - Nie - powiedziałam o wiele szybko.
    Wampir uniósł kpiąco brwi. Nie wierzył mi.
    - To naprawdę ważne Ann - drążył.
    - Nie znam go - skłamałam.
    Westchnął.
    - Jeśli mi nie powiesz, zostawię cię w lesie - zagroził/
    - Nie zrobisz tego! - Zaprotestowałam.
    - Chcesz się przekonać? - Spytał z błyskiem w oku.
    Przerażał mnie.
    - Marshall...
    - Po prostu powiedz. Wiem, że go znasz. Nie zainteresowałby się tak zwykłym śmiertelnikiem. Poza tym, znał twoje imię - powiedział nieco łagodniej, choć nadal się go bałam.
    - To mój ojczym, a przynajmniej tak mi się wydaje, Jest demonem, potrafi się zmieniać w dowolną postać - wyjaśniłam.
    - Kim jest do cholery? To twój ojczym? - Spytał rozszerzając oczy.
    W normalnej sytuacji padłabym ze śmiechu, gdyby udało mi się go tak zaskoczyć. Ale to nie była normalna sytuacja, a mi wcale nie było do śmiechu...
    - To naprawdę przykra historia, nie chcę o tym mówić - wymamrotałam.
    - Rozumiem. Mam jeszcze jedno pytanie - powiedział.
    - Jakie? - Spytałam w miarę spokojnie.
    - Co robiłaś SAMA w lesie i to w dodatku w nocy? - Spytał.
    - Och... to długa historia - ucięłam.
    Bałam się jego reakcji. Już teraz nie wyglądał na zbyt zadowolonego. W dodatku, przecież zabronił mi się spotykać z Gumballem...
    - Mów, mamy czas - powiedział siadając na pobliskim fotelu. Usiadłam na podłodze, opierając się o ścianę.
    - Będziesz zły.
    - Już jestem zły. Postaram się opanować - odparł ironicznie,
    Niezbyt mnie to przekonało. Rozumiałam, że jest wkurzony bo mimo jego przestrogi poszłam do lasu, ale nie musiał z tego robić przesłuchania.
    - Książe Balonowy zaprosił mnie do baru. Zgodziłam się, z początku było całkiem fajnie. Ale on się upił i... i uciekłam - wydukałam czując, że łzy napływają mi do oczu.
    Popatrzyłam zaniepokojona na Marshalla. Milczał. Jego dłonie zacisnęły się na oparciu fotela, aż pobielały mu kłykcie.
    - Coś ci zrobił? - Spytał, ale zabrzmiało to jak warknięcie.
    - Nie.
    - Mówiłem ci, że to debil.
    Wampir podniósł się gwałtownie z miejsca i podążył do drzwi. Niepewnie ruszyłam za nim.
    - Gdzie idziesz? - Spytałam.
    - Zaraz wrócę.
    - Zostawisz mnie tu? Zaprowadź mnie chociaż do hotelu - poprosiłam.
    - Skoro ten demon jest twoim ojczymem, z pewnością nie będziesz tam bezpieczna. Wyczuje cię.
    - A tu jestem? - Prychnęłam.
    Bałam się zostać sama. Wciąż nie mieściło mi się w głowie, że mnie znalazł. Moja ucieczka poszła na marne. Wizja wczorajszej nocy mnie przerażała. A co jeśli następne miały być gorsze?
    - Ten dom jest nieźle ukryty. Poza tym o ile mi wiadomo, demony nie mogą wychodzić na światło dzienne.- wyjaśnił.
    - Ale...
    - Naprawdę zaraz wrócę, obiecuję - przyrzekł uśmiechając się ciepło.
    Chwilę później go nie było.



* Z pespektywy Marshalla *

    Po piętnastu minutach znalazłem się w znajomej okolicy. Rzygać mi się chciało od panującego tu wszędzie różu.
    Wylądowałem gładko na balonie Gumballa. Zastukałem -  choć bardziej pasowałoby określenie -prawie rozbiłem szybę. Otworzył mi jeden z jego podwładnych Nieco się przestraszył.
     - T-tak?
     - Gdzie Książe Balonowy? - Spytałem przez zaciśnięte zęby.
     - Nie ma, nie wrócił wczoraj - wyjaśnił.
    Nie słuchając go dalej, odleciałem. Ann mówiła, że byli w barze. Skoro się upił, to logiczne, że tu nie dotarł. W pobliżu było mnóstwo tego typu miejscówek, ale na szczęście tylko jedna znajdowała się blisko lasu. Skierowałem się w tamtą stronę. Już z daleka dostrzegłem znajomą sylwetkę jego auta. Chwilę później wylądowałem na dachu. Zobaczyłem przez okno, że śpi na tylnym siedzeniu. Wywlokłem go z samochodu, wyrywając przy tym przypadkowo drzwiczki. Trudno, jego problem.
    - Co się dzieje? - Wymamrotał skołowany chłopak.
    - Co robiłeś wczoraj z Ann? - Spytałem cudem go jeszcze nie zabijając.
    - Nie pamiętam, za dużo wypiłem - wybełkotał. - Byłem z Ann?
    Tego było już za wiele. Przywaliłem mu w twarz, wywołując krwawienie nosa. Chciał mi oddać, ale cóż... nie oszukując się nie był dobry w walce. Zadałem jeszcze kilka ciosów, a potem rzuciłem go na maskę samochodu. Miałem ważniejsze sprawy do załatwienie, wykończenie go mogło jeszcze poczekać. Choć nie powiem, była to kusząca propozycja.
    - Nie zbliżaj się do niej - powiedziałem i wleciałem do góry.
    Wróciłem do znanej mi leśnej chatki. Złość szybko ustąpiła rozbawieniu. Zastanawiało mnie, co Ann robi podczas mojej nieobecności. Nie powiem, była naprawdę urocza, choć nadal pozostawała zwykłą śmiertelniczką. Przecież nie mogłem się w niej zakochać, prawda?


* Wracamy do opowiadanka z perspektywy Anabell *

     Po przeglądzie lodówki Marshalla, zlustrowaniu jego nieco skromnej biblioteczki i posprzątaniu mocno zabałaganionego salonu, zaczęłam się nudzić. Na szczęście po chwili wrócił wampir. Miał potargane włosy i zmiętą koszulę, ale przynajmniej nie był już zły.
    - Gdzie byłeś? - Spytałam.
    - Odwiedziłem Gumballa - powiedział usatysfakcjonowany.
    Balonowego Księcia? To nie wróżyło nic dobrego.
    - Żyje? - Spytałam niepewnie, wyobrażając sobie twarz różowego w zetknięciu z wnerwionym wampirem.
    - Jeszcze - odrzekł, kierując się w stronę lodówki. Wyciągnął z tamtąd butelkę z dziwnie czerwoną zawartością.
    - Co to?
    - Krew. Chcesz trochę? - Spytał rozbawiony, uśmiechając się szeroko.
    Na ułamek sekundy dostrzegłam jego długie, zaostrzone kły. (dopisek aut. Cud że jeszcze nie porysował tymi kłami podłogi xD). No tak, przecież był wampirem. Musiał się pożywiać.
    - Nie dzięki - wymamrotałam zmieszana.
    - Spróbuję się dowiedzieć gdzie jest stado. Mam nadzieję, że nas ominęło - westchnął upijając spory łyk czerwonej cieczy.
    - Ja też mam dwa pytania - powiedziałam nagle.
    Uniósł pytająco brwi.
    - Co to było? No wiesz... to w lesie.
    - Wilkołaki. Dlatego nie powinnaś się kręcić w nocy w lesie, są niebezpieczne. Nie widziałem żadnego od wielu lat. Dopiero niedawno się pojawiły, mają spore stado.
    - Więc dlaczego byłeś wtedy w lesie?
    - Wkurzają mnie, próbuje je namierzyć. Jeśli tak dalej pójdzie, dotrą do miasta - zdenerwował się.
    - Nie powinneś ich szukać w pojedynkę - stwierdziłam zmartwiona.
    - A co, martwisz się o mnie? - Spytał z łobuzerskim uśmiechem.
    - Nie.. to znaczy tak... Ugh! Nieważne! Idę z tobą - postanowiłam.
    - Gdzie? - Zdziwił się.
    - Do lasu, namierzyć wilkołaki - wyjaśniłam.
    - Chyba sobie żartujesz.
    - Mówię serio! - Zaprotestowałam.
    - Nie ma mowy, to niebezpieczne - uciął.
    - Chcę iść z tobą - uparłam się.
    - Posłuchaj Ann - westchnął. - Będziesz przeszkadzać. Ja jestem wampirem, ty śmiertelniczką. To zły pomysł.
    - Nie zauważą mnie!
    - Nie idziesz i koniec.
    - Zostawisz mnie tu na noc? - Niedowierzałam.
    Trafiłam w czuły punkt. Nie przemyślał tego.
    - Będę niedaleko. W razie czego zawróce - zdecydował.
    - Ale...
    - Nic mi nie będzie Ann, nawet nie zauważą - przyrzekł.
     Nie zdążyłam zaprotestować, ponieważ w tym samym momencie znikł za drzwiami. Chciałam ruszyć za nim, ale miał rację. Byłam tylko człowiekiem, a moją jedyną mocą była nierozwinięta iluzja. Zupełnie bezużyteczna. Postanowiłam spokojnie poczekać do jego powrotu. Może faktycznie byłam nadwrażliwa?
   Około północy usłyszałam wreszcie kroki. W drzwiach pojawił się Marshall. Miał podartą koszulę i przerażenie wypisane na twarzy.
- Musimy uciekać! - Wrzasnął.



R: I znowu w takim momencie xD
K: To już zaczyna nam wchodzić w krew.
R: Tak samo jak spacery w nocy xD Nie ma to jak łazić w całkowitej ciemności przez trawę i opowiadać sobie straszne historie ^_^
K: Oj tak. Szczególnie, że jak opowiadałam o Krwawej Merry to w Admacie zgasło światło °_°
R: To spisek lamp. One tylko czyhają by spaść nam na głowę...
K: Dobra Rose, spokojnie xD
R: Wybacz, znowu piłam czekoladę od tej podejrzanej pani ;-;














czwartek, 19 listopada 2015

Kiedy notka? :/

Notka pojawi się (prawdopodobnie) w sobotę wieczorem. Wiem, że miała być o wiele wcześniej, ale nie mogłyśmy się z Kat spotkać w innym terminie. Z drugiej strony jednak pewnie i tak będzie makabryczna, dlatego może i lepiej jak pojawi się później :D Pozdrawiam wszystkich czytelników, jesteście kochani <3


ROSE

sobota, 14 listopada 2015

Rozdział chyba 5, czyli pozory mylą xD

R&K: Bardzo bardzo dziękujemy wszystkim za komentarze <3 Jesteście kochani ^^ 
Ps. Przepraszamy za to coś co chyba powinno być kolejnym rozdziałem, ale jak zawsze wyszło okropnie XD

________________________

    Obudziło mnie pukanie do drzwi. Z niechęcią zwlokłam się z łóżka. Mimo wczesnej pory, w miarę możliwości postarałam się wyglądać dobrze. Otworzyłam drzwi. Ku mojemu zdziwieniu w progu ujrzałam…
    - Gumball? - Zapytałam.
    - Tak. Ann przepraszam, że przeszkadzam... - Zaczął.
    Uniosłam pytająco brwi lekko zaskoczona jego obecnością.
    - Bardzo miło mi się z tobą wczoraj rozmawiało i pomyślałem, że może byśmy gdzieś wyszli – powiedział.
     Byłam nieco zdziwiona jego propozycją, ale mimo wszystko wydawał się naprawdę fajny.
    - Chętnie – odparłam z uśmiechem.
    - To jak? O dwudziestej? - Odparł uśmiechając się szeroko.
    - Jasne. A tak w ogóle to skąd znasz mój adres?
    - Spytałem się Fionny, bo nie mogłem cię złapać na balu, uprzedził mnie ten debil - powiedział poirytowany chłopak.
    Pokiwałam głową. Widocznie tych dwóch nie pałało do siebie gorącą miłością.
    - To ja już pójdę! Dzięki Ann.


    Równo o ósmej wieczorem stałam już gotowa w holu. Nie chciałam się specjalnie stroić więc założyłam zwykłe czarne rurki i białą tunikę. Po około dziesięciu minutach pojawił się Książę Balonowy. Spodziewałam się po nim większej punktualności, ale sama bardzo często się spóźniałam, więc nie miałam mu tego za złe.
    - Hej. Ładnie wyglądasz - powiedział lustrując mnie wzrokiem.
    - To gdzie idziemy? - spytałam zaciekawiona.
    - Mój kolega niedawno otworzył bar. Nie będzie ci przeszkadzało jak go odwiedzimy?
    - Nie, oczywiście, że nie – powiedziałam wesoło.
    Nieco zaskoczył mnie jego wybór. Spodziewałam się po nim czegoś wytworniejszego, ale na szczęście bardzo się myliłam. Nienawidziłam takich miejsc.
    Po dwudziestu minutach jazdy autem trafiliśmy na miejsce. Przez ten czas dużo rozmawialiśmy ale irytował mnie fakt, że chłopak stale się we mnie wpatrywał. W końcu weszliśmy do baru. Był otoczony lasem, który pokazywał mi Marshall. W środku było całkiem przytulnie. Budynek był zrobiony całkowicie z drewna. Gumball podszedł do baru. Podążyłam za nim.
    - Co zamawiasz? - spytał przy ladzie.
    - A co jest?
    Podał mi Menu. Wybrałam standardowo gorącą czekoladę.
    - Okej – powiedział i odwrócił się w stronę barmana. - Jedno piwo i gorącą czekoladę.
    Zamurowało mnie. Zamierzał kupić PIWO? Niby jak sobie wyobrażał jazdę powrotną? Chyba nie myślał, że zajmę jego miejsce za kierownicą?
    - Ale Gumball... przecież prowadzisz – zaprotestowałam.
    - Spoko Ann, mam mocną głowę – odparł, a w jego oczach dostrzegłam dziwny błysk.
    Postanowiłam już się nie odzywać. Bardzo zdziwiło mnie jego zachowanie choć możliwe, że oceniłam go zbyt wcześnie.
    - Idziesz? - Spytał chłopak podając mi kubek z ciepłym napojem.
    - Jasne - odparłam uśmiechając się delikatnie.
    Usiedliśmy przy stole. Chłopak wypił spory łyk piwa, uśmiechając się szeroko. Rozmawialiśmy przez dobrą godzinę. Zdążyłam już wypić czekoladę, więc zamówiłam drugą. (Tak wiem, że to spory cios dla mojej figury, ale nie potrafiłam się powstrzymać.) Lekko zmartwił mnie natomiast fakt, że Gumball kończył właśnie czwarty kufel. Nie spodziewałam się po nim zadatków na alkoholika. Mimo wszystko starałam się ignorować jego coraz odważniejsze komentarze na mój temat i cicho popijałam swój napój. Jednak gdy chłopak zawołał barmana z zamiarem zamówienia piątego piwa zdecydowanie zaprzeczyłam.
    - Spoko mała, nie denerwuj się – wybełkotał rechocząc.
    Miałam ochotę stąd wyjść. Nie podobało mi się jego zachowanie. A co jeśli Marshall miał rację?
    - Ja... ja już chyba powinnam się zbierać.
    - Spoko maleńka, czekaj tylko skończę ten kufel.
    - W takim stanie nie możesz prowadzić! Masz telefon? - Spytałam z nadzieją, że zadzwonię do kogoś znajomego, aby mnie stąd zabrał.
    - W aucie – powiedział z głośnym trzaskiem odstawiając kufel i płacąc barmanowi.
    - Okej, chodźmy.
    - A może pójdziemy do mnie mała? - Zarechotał.
    - Wolałabym nie. Poza tym, nie mów do mnie ,,mała''. Jestem Ann – powiedziałam nie wytrzymując swojej rosnącej irytacji.
    - Spoko mała, to idziemy do mnie – wybełkotał uśmiechając się obleśnie.
    - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - Zdenerwowałam się.
    - Oczywiście laleczko.
    Prychnęłam oburzona kierując się w stronę auta.
    - Po prostu daj mi ten telefon, ok?
    - Jak pójdziemy do mnie – powiedział z szyderczym uśmiechem.
    Coraz bardziej mnie wkurzał.
    - Nie zamierzam z tobą przebywać, gdy jesteś w takim stanie!
    - Naprawdę? - Spytał.
    Jego twarz momentalnie się zmieniła. Chyba zezłościła go moja odpowiedź, bo ściągnął brwi i zacisnął usta.
    - Gumball, jesteś pijany – powiedziałam stanowczo.
    Nagle poczułam mocne uderzenie w ramię i chwilę potem zostałam przyparta do auta.
    - Co ty ro... - Zaczęłam ale przerwał mi natarczywy pocałunek.
    Poczułam w ustach obrzydliwy smak alkoholu pomieszanego z gumą balonową. Ręce różowego spoczęły na mojej talii. Odepchnęłam chłopaka, ale mimo swojego upojenia wciąż był znacznie silniejszy i nawet nie zauważył moich prób uwolnienia.
    - Przecież wiem, że tego chcesz – wymruczał odrywając się od mojej twarzy.
    - Do cholery, puszczaj! - Warknęłam odpychając go z całej siły. Ani drgnął.
    Znowu mnie pocałował. Po moich policzkach spłynęły łzy. Czułam się kompletnie bezsilna.
Nagle wpadłam na pewien pomysł. Modląc się gorączkowo by podziałało ugryzłam go w język. Zawył i zabrał ręce z mojej talii, oddalając się kilka kroków.
    - Ty... - zaczął gniewnie.
    Ruszyłam biegiem w stronę lasu. Za sobą usłyszałam głośne i wyjątkowo nieładne przekleństwa. Próbował mnie dogonić, ale z powodu kilku promili we krwi zdążył tylko dobiec do końca ulicy, a potem runął na ziemię. Poczułam ulgę, ale mimo wszystko biegłam dalej.
    Po piętnastu minutach zdyszana stanęłam w miejscu usiłując złapać oddech. Nie słyszałam żadnych kroków więc z radością stwierdziłam, że udało mi się uciec. Marshall miał rację, co bardzo mnie zirytowało. Nie sądziłam, że ktoś tak miły i nudny w rzeczywistości... potrząsnęłam głową usiłując się uspokoić. Miałam o wiele poważniejszy problem. Mianowicie, nie miałam pojęcia gdzie jestem. Poczułam lekkie deja vu, w końcu pierwszego dnia spotkało mnie to samo. Ruszyłam na wschód z powrotem w stronę ulicy. Po godzinie jednak okazało się, że moja niezawodna orientacja w terenie znowu dała o sobie znać. Co mnie podkusiło, żeby zamiast biec ulicą, uciekać do lasu!?!
    Nagle usłyszałam przeraźliwy skowyt. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że jest to ten sam odgłos, który słyszałam tamtej nocy z Marshallem. Wstrzymałam oddech. Dziwne wycie było coraz głośniejsze. Zwierze, a raczej to ,,coś'' musiało być najwyżej kilometr dalej.
    Poczułam dotyk na ramieniu i omal nie wrzasnęłam przerażona. Zdołałam na szczęście wychwycić iskrzące się, czerwone tęczówki. Odetchnęłam z ulgą. Marshall.
    - Do cholery Ann! Co ty tutaj robisz? - spytał zdenerwowany.
    - Długa historia – wymamrotałam.
    - Nie powinnaś tutaj teraz być – syknął.
    - Ty też – stwierdziłam.
    - Musimy spadać, zanim nas dogonią. - wymamrotał patrząc nerwowo w stronę, z której dochodziły odgłosy.
    Pokiwałam głową. Całkowicie się z nim zgadzałam.
    Na polankę wbiegło nagle jakieś zwierzę. Nie, to nie było zwierzęciem, jak sobie uświadomiłam. Z początku przypominało wilka, ale było wielkości dorosłego konia. Miało gęste owłosienie i złote, złowieszcze oczy. Byłam przerażona, nawet bardziej niż wtedy w barze. Usłyszałam ciche przekleństwo wampira, ale nie wydawał się zdziwiony. Po wczorajszej sytuacji mogłam się domyślić, że doskonale wiedział kim jest to owe zwierzę.
    - Kogo my tu mamy? Czyżby Anabell? - Wycharczało stworzenie.
    Z trudem rozpoznałam poszczególne słowa, ale sposób mówienia był dziwnie znajomy.          Przypominał mi... Ugięły się pode mną kolana. Nie takiego obrotu spraw się spodziewałam.
    - Nie... - wyszeptałam przerażona cofając się parę kroków.
    To nie mogła być prawda.




______________________________

R: Zakończyć w tym momencie... jesteśmy wredne xD
K: Dopiero teraz się skapłaś ? :')
R: Kiedyś byłam całkiem miła xD Przez ciebie się tak stoczyłam ;-;
K: Nie przeze mnie, przez czekoladę z Admatu xD
R: Skończmy już ten temat! Dzisiaj była herbata >.<
K: Ty przecież piłaś shake :')
R: Cicho! Niech myślą, że zdrowo się odżywiam ;-;

poniedziałek, 9 listopada 2015

Rozdział 4, czyli podsumowanie balu.

Przepraszamy za nieobecność :D Nie przedłużając zaczynajmy :/
__________________________________________________

    - Dlaczego mnie tu zaciągnąłeś?
    - Bo nie powinnaś się zadawać z tym różowym idiotą!
    - On jest naprawdę fajny! - Zaprotestowałam.
    - Znasz go ledwie piętnaście minut - uciął.
    - Sugerujesz, że jestem naiwna? - Zdenerwowałam się.
    - Nie, po prostu nie chcę, żebyś spędzała z nim czas.
    - Sama potrafię sobie radzić - stwierdziłam.
    Wampir wzruszył ramionami i skierował się w stronę przyjęcia. Zirytowana ruszyłam za nim. 
    Nagle drogę zastąpiła mi dziewczyna, która miała dziwne upodobanie do koloru różowego, ponieważ wszystko, dosłownie wszystko w jej wyglądzie było koloru waty cukrowej. Przypominała mi Księcia Balonowego. 
    - Co robiłaś z Marshallem? - Spytała niekoniecznie miłym głosem.
    - Znamy się?
    - Nie, nie obchodzi mnie kim jesteś. Powtarzam jeszcze raz, co robiłaś z Marshallem?
    - Rozmawialiśmy - powiedziałam, starając się mimo wszystko być kulturalna.
    - O czym? - Drążyła. 
    - A co ci do tego? - Zirytowałam się.
    - Nazywam się Królewna Balonowa i dla twojej wiadomości jestem dziewczyną Marshalla - powiedziała uśmiechając się złośliwie.
    Zamurowało mnie. Miał dziewczynę? W sumie ktoś z takim wyglądem...
    - Nie masz u niego szans - prychnęła i odeszła.
    Długo jeszcze w mojej głowie kołowały się urywki rozmowy z dziewczyną. Miałam już serdecznie dość tego przyjęcia. Postanowiłam poszukać Fionny. Niestety blondynka gdzieś wyparowała i w tłumie osób nie zdołałam wypatrzyć nikogo znajomego. Zdenerwowana ruszyłam do wyjścia zastanawiając się, czy znam dobrze drogę powrotną.
    Po kilku minutach przepychania się doszłam w końcu do bramy i z ulgą wyszłam. Było tu o wiele spokojniej.
    - Masz niebywały talent do pakowania się w kłopoty, wiesz? - Usłyszałam za sobą.
    - Nie pakuje się w kłopoty - zaprzeczyłam.
    - Tak? A więc zapewne wcale nie obmyślasz jak dostać się do domu na piechotę? Czekanie na Fionnę byłoby rozsądniejsze - stwierdził Marshall. 
   Chciałam mu coś odpowiedzieć, ale tak właściwie to mnie rozgryzł. 
    - W dodatku jest już ciemno. Nie powinnaś kręcić się tu o tej porze sama - dodał.
    - Niby co mogłoby mi się tu stać? - Prychnęłam.
    - Mogłabyś spotkać mnie. Chociaż nie ukrywam, że byłby to jeden z lepszych scenariuszy. W tym królestwie wcale nie jest tak bezpiecznie - powiedział złowieszczo.
     - Mam się bać? - Spytałam, choć w sumie porzuciłam już myśl o samotnym spacerze do domu.
     - Ze mną nic ci nie grozi - stwierdził trochę zbyt pewny siebie.
     - Rycerz się znalazł - prychnęłam.
     - Wolę określenie: niezwykle przystojny wampir - zażartował.
    Wybuchnęłam śmiechem. 
     - Chciałbyś! - Wydusiłam, gdy w końcu przestałam się śmiać.
     - Odprowadzić cię do domu? - Spytał.
    Odwróciłam się jeszcze raz w stronę balu. Nigdzie nie widziałam blondynki, a wolałam nie iść sama. Dostrzegłam jednak morderczy wzrok Królewny Balonowej.
    - Wolałabym uniknąć konfliktu z twoją dziewczyną. Może lepiej poczekam na Fionnę - stwierdziłam.
    Zmarszczył brwi, jakby nie wiedział o czym mówię.
    - Z kim? - Spytał.
    - No z Królewną Balonową - powiedziałam lekko zmieszana.
    Czyżby różowa mnie okłamała?
    Moje przemyślenia przerwał niekontrolowany wybuch śmiechu.
    - Chyba nie myślisz, że ja z nią? - Nie mógł się opanować,
    - No...
    - Jezu, co ona ci nagadała? - Spytał gdy wreszcie przestał się śmiać.
    Zrelacjonowałam mu całą rozmowę pomijając ostatnie zdanie.
    - Nie słuchaj jej, zachowuje się jak moja psycho-fanka - stwierdził.
    Nieco poprawił mi tym humor. Obiecałam sobie, że następnym razem nie będę dla niej taka miła.
    - To co? Idziesz? - Spytał.
    Wzruszyłam ramionami i podążyłam za nim.
    - Wiesz... w zasadzie znam szybszy środek transportu.
    - Jaki...
    Zanim zdążyłam cokolwiek dodać, Marshall pociągnął mnie za rękę i... naprawdę unieśliśmy się w powietrzu. Poczułam zafascynowanie i narastający strach.
    - Bycie wampirem ma swoje zalety - mruknął.
    - Lepiej odstaw mnie na ziemię, jestem ciężka - powiedziałam, choć tak naprawdę przerażała mnie rosnąca wysokość.
    - Ciężka? Chyba sobie żartujesz! Czyżbyś miała lęk wysokości? - Spytał uśmiechając się łobuzersko. 
    - Skąd, ja po prostu... - zaczęłam próbując rozpaczliwie wymyślić jakąś wymówkę. Nie chciałam, żeby pomyślał, że się czegoś boję.
    - Ach tak? W takim razie nie będzie ci przeszkadzało jak wzlecimy jeszcze wyżej?
    - Marshall! - Krzyknęłam, gdy pociągnął mnie do góry.
    Serce biło mi jak szalone. 
    - Spokojnie, trzymam cię - powiedział unosząc mnie i biorąc na ręce. 
    - Puszczaj! - warknęłam.
    - Jesteś pewna? - Spytał szczerząc się.
    Spojrzałam w dół i poczułam zawroty głowy.
    - Zamknij oczy - poradził.
    Nie widząc innego rozwiązania postanowiłam go posłuchać. Mdłości lekko ustąpiły, ale świst powietrza utwierdzał mnie w przekonaniu, że wzlatujemy wyżej.
    - Możesz już otworzyć oczy - szepnął.
    Pokręciłam przecząco głową, wolałam nie ryzykować.
    - Nic ci się nie stanie, a widok jest nieziemski.
    Powoli otworzyłam oczy. Paraliżujący strach minął, gdy zauważyłam piękną panoramę miasta. Gdzieś dalej widziałam bawiących się na balu ludzi, a na lewo rozciągał się las i wspaniałe góry. Niebo iskrzyło się tysiącem gwiazd, zapierając dech w piersiach.
    - Pokaże ci coś - powiedział i ku moim protestom zniżył lot.
    Serce podeszło mi do gardła. Ścisnęłam mocniej marynarkę wampira, na co on zachichotał. Wkrótce było po wszystkim i znaleźliśmy się na dużej, leśnej polance. Obok zauważyłam małe jeziorko, w którym odbijało się nocne niebo.



    - Jak tu pięknie - wyszeptałam wyswobadzając się z objęć wampira.
    Chwilę potem stałam już przy brzegu podziwiając magię tego miejsca.
    - Odkryłem to przypadkiem - powiedział.
    Nagle usłyszałam dziwny charkot. Przypominał trochę warczenie psa, ale był zniekształcony i nieco głośniejszy.
    - Marshall? - Spytałam niepewnie, cofając się kilka kroków i omal nie wpadając do jeziora.
    - Chyba powinniśmy się zbierać - powiedział bardzo zdenerwowany. 
    Uniósł mnie w górę, nawet nie protestowałam. Wtuliłam się w niego i zamknęłam oczy starając się nie myśleć o tym, że jesteśmy wysoko.
    Po dziesięciu minutach byliśmy przed hotelem. Wampir postawił mnie delikatnie na ziemi. 
    - Co tam było? - Spytałam.
    - Gdzie? - Powiedział udając, że nie wie o co chodzi.
    - W lesie. Co to było? - Powtórzyłam.
    - Psy, nie masz się czym przejmować - powiedział, ale od razu wyczułam, że kłamał.
    - Tak nie brzmią psy - zaprotestowałam. 
    - Nieważne, muszę już iść. Powiem Fionnie, że jesteś w domu. Nie wychodź z hotelu, dobrze? - Powiedział i zniknął.
    Lekko skołowana i przestraszona weszłam do budynku. Odkąd się tu znalazłam działy się przedziwne rzeczy. Prawie zapomniałam już o moim dawnym życiu... 
    Zamrugałam powstrzymując łzy. To była przeszłość, nie mogłam ciągle o tym myśleć. Tu byłam bezpieczna. W każdym razie powinnam być, bo po ostatnich wydarzeniach mam wrażenie, że nie jest tu tak kolorowo jak się wydaje. W końcu Marshall dość nerwowo zareagował na moje pytanie...
    - Dobrze się czujesz? - Spytała recepcjonistka.
   No tak, stałam zamyślona na środku holu, moja suknia balowa była lekko pognieciona a na dworze było dawno po północy. Otrząsnęłam się i uśmiechnęłam serdecznie do kobiety za biurkiem, starając się wyglądać normalnie.
    - Tak tak, dziękuje - wymamrotałam i ruszyłam szybko w kierunku schodów.
    W tej chwili marzyłam tylko o wygodnym łóżku.



______________________________________________

R: Z góry przepraszam wszystkich, którzy czytają ten blog :/ 
K: To wszystko przez czekoladę! Zepsuła rozdział xD
R: Tak Kat, zwal wszystko na czekoladę ;-;
K: Nie uważasz, że to niepokojące, gdy po wypiciu tego zaczęłyśmy 
dyskutować o jednorożcach?
R: Jak zawsze...
K: O jednorożcach, które przebierają się za schabowe, lampach, które
snują intrygi.... Mam wymieniać dalej?
R: No dobra, pani od której ją kupiłyśmy była nieco podejrzana...
K: Zaczynam się bać XD