Tak wiemy, rozdział miał być wcześniej :/ Niestety, trudno jest nam się spotkać w dni robocze, ale będziemy się starać :* Dedykujemy ten rozdział Mirami, która mnidzielnie przedziera się przez kolejne notki i umila nam dzień wspaniałymi komentarzami <3
________________________________________________________________________
- Musimy uciekać!
Nie zdążyłam nawet spytać co się stało, ponieważ wampir pociągnął mnie zdecydowanie na dwór, prawie przewracając. Po chwili biegu zdyszana przystanęłam. Byłam przestraszona jego gwałtowną reakcją i nieco za tak brutalną ucieczkę.
- Co ty robisz? - Warknął.
- Najpierw wytłumacz mi dlaczego biegniemy!
- Znalazłem lepsze miejsce - wyjaśnił pospiesznie.
- Przecież mówiłeś, że twój dom...
- Zmieniłem zdanie. Nie ociągaj się - uciął.
- Gdzie idziemy? - Drążyłam.
- Nieważne.
Byłam urażona jego zachowaniem. Nigdy nie traktował mnie w ten sposób...
- Anabell! No idź!
Zamiast go posłuchać, stanęłam w miejscu. Anabell? Nikt mnie tak nie nazywał. Chociaż była jedna osoba...
- Nie jesteś Marshallem. Wiem, że to ty Garhot - odparłam cofając się niepewnie. (dop. aut. Wybaczcie za tak beznadziejne imię. Nasza wena postanowiła sobie zrobić wakacje :/)
Postać wampira zadygotała i zrobiła się niewyraźna. Sylwetka się powiększyła, z pleców wyrosły zgniłozielone skrzydła, a na głowie pojawiły się zaostrzone rogi. Po chwili stanął przede mną ojczym.
- Witaj Anabell, dawno się nie widzieliśmy - powiedział z szyderczym uśmiechem.
- Odejdź! - Wrzasnęłam.
Przed oczami migotał mi obraz zamordowanej matki. Byłam przerażona i zła. Próbowałam wzniecić iluzjonistyczny ogień, ale byłam zbyt przestraszona. Nie panowałam nad emocjami.
- Twoja moc jest bezużyteczna - prychnął.
Chciałam uciec, ale poczułam ostry ból z tyłu głowy. Chwilę później upadłam i ogarnęła mnie wszechobecna ciemność.
* Z perspektywy Marshalla ( Tego prawdziwego xD ) *
Wróciłem do domu. Od razu zaintrygowała mnie dziwna cisza. Czyżby Ann zasnęła? Przeszukałem pokoje, ale ku mojemu zdziwieniu po dziewczynie nie było śladu. Zaniepokojony rozejrzałem się po okolicy, ale na marne. Tam również jej nie było. W pośpiechu wybiegłem przez dom. Postanowiłem przeszukać las, a przynajmniej najbliższą okolicę.
Zdenerwowany wzniosłem się w niebo. Po godzinie wreszcie gdzieś dostrzegłem ruch. Zniżyłem lot. Miałem nadzieję, że to Ann. Zaskoczony spostrzegłem Fionnę i tego idiotycznego, tłustego kota - Cake.
- Co robisz? - Spytałem.
Co prawda blondynka z pewnością umiałaby się obronić, ale mimo wszystko spacer w lesie nie był najlepszym pomysłem. Gdy pomyślałem o Ann błąkającej się gdzieś między drzewami, poczułem jeszcze większe zdenerwowanie. Gorzej, że nawet tak pechowy scenariusz w porównaniu do reszty był całkiem szczęśliwy. W okolicy przecież nadal grasowało stado.
- Cześć Marshall! Właśnie do ciebie szłam! - Powiedziała wesoło.
- Ach tak? - Odparłem nieco zaskoczony.
- Ostatnio byłam w hotelu i okazało się, że nie ma tam Ann. Chciałam spytać, czy nie wiesz gdzie mogłaby być - wyjaśniła na jednym tchu.
- To oboje jej szukamy. - westchnąłem.
Fionna spojrzała na mnie nierozumiejącym wzrokiem.
- Chodź - mruknąłem.
Po drodze wyjaśniłem jej w skrócie ostatnie wydarzenia.
- Pomogę ci szukać - zaoferowała.
Skinęłem głową. Wiedziałem, że nie dam rady jej przekonać, żeby wróciła do domu. Tak więc całą trójką ruszyliśmy leśną drogą. Cake bardzo mnie irytowała, więc wolałem trzymać się na przodzie.
Minęła kolejna godzina. Jestem pewny, że gdyby nie głuche puknięcie, z pewnością przeoczył bym małe drzwi, obrośnięte bluszczem.
- Fionna! - Zawołałem do blondynki.
Chwilę później tkwiliśmy pod ukrytym przejściem.
- To drzwi - powiedziała zdziwniona.
- Spostrzegawcza jesteś - burknąłem pod nosem, siłując się z klamką. Zamknięte.
- Marshall? - Usłyszałam cichy, przytłumiony głosik.
- To ja. Zaraz cię stąd wyciągnę, obiecuję. Lepiej odsuń się od drzwi - poradziłem.
- Walnąłem z całej siły w drewno. Tak jak podejrzewałem, pod siłą nacisku złamały się na pół. Pchnąłem je ponownie, torując sobie drogę do środka. Po chwili razem z Fionną i Cake weszliśmy do środka. Wnętrze okazało się zatęchłą piwnicą. W kącie zauważyłem Ann. Siedziała skulona, chyba płakała. Nim zdołałem cokolwiek zrobić, do dziewczyny podbiegła blondynka dusząc ją w niedźwiedzim uścisku. Po jakże ckliwym przywitaniu postanowiliśmy się stąd wydostać. To miejsce nie napawało entuzjazmem.
* Wracamy do perspektywy ze strony Ann, cofając się o godzinę od znalezienia *
Gdy się obudziłam, przeraziła mnie dziwna ciemność. Na szczęście po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do mroku i mogłam dostrzec więcej szczegółów. Kamienne ściany, zimna podłoga, drewniane drzwi związane łańcuchem... Nie wyglądało to najlepiej. Podeszłam do drzwi. Zamknięte. Wokół nie było dosłownie niczego. Nigdy nie miałam klaustrofobii, ale to miejsce dziwnie mnie przerażało. Szczególnie, że ostatnią rzeczą jaką pamiętałam, była rozmowa z Garhotem. Usiadłam ponerwowana na podłodze, starając się wymyślić coś sensownego.
Moją chwilową histerię przerwał głuchy trzask. Później następny. Dobiegał ze ściany na przeciw i był przerażający. Chwilę potem rozległo się wycie, bardzo głośne i żałosne. Moje serce przyspieszyło. Co tam się dzieje? Kolejny łomot. Wszystko ucichło. Doszłam do wniosku, że cisza była jeszcze gorsza. Bałam się. Po piętnastu minutach usłyszałam przytłumiony, niski głos.
- Skończone, możemy wracać.
- A co z nimi? - Spytał drugi głos z obrzydzeniem.
- Weź je, oni także zasługują na pochówek.
Do moich uszu dobiegło jakby szuranie, a później dziwny szum. Po dwóch sekundach wszystko ustało.
Skuliłam się w kącie. Kim były te dwa głosy? Co się tam stało? A może po prostu zwariowałam? Mimowolnie, po moich policzkach spłynęły łzy. Płakałam tak przez dobre trzydzieści minut. Z owego stanu wyzwolił mnie odgłos cichej rozmowy, niedaleko drzwi. Zdesperowana zaczęłam walić w drzwi, aż rozbolała mnie ręka.
Głosy się przybliżyły i omal nie rozpłakałam się znowu, choć tym razem ze szczęścia.
- Marshall? - Spytałam cicho.
Odpowiedział mi zdenerwowanym głosem, w którym wyczułam ulgę. Za jego radą odsunęłam się od drzwi, które po chwili zmieniły się w drzazgi. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ktoś mnie objął, niemal łamiąc kości. Dostrzegłam kosmyk blond włosów.
- Fionna? Co ty tu robisz? - Zdziwiłam się.
- To długa historia. Powinniśmy się zbierać - powiedziała dziewczyna.
Skinęłam głową, uściskując jeszcze wampira i Cake. Wyszliśmy z piwnicy, ale nie dane było nam się nacieszyć wolnością, bo w tym samym momencie ktoś pociągnął mnie boleśnie za rękę.
- A co my tu mamy? - Spytał jeden z wilkołaków .
Pozostała trójka również została złapana. Nawet Marshall, choć musiały go trzymać aż dwie osoby.
- Gdzie podziała się reszta? - Zdziwił się jeden z napastników.
- Cholera, powinni stać na straży! - Warknął drugi.
Zostałam zaciągnięta do drugich, niezauważonych przez mnie drzwi. Przeszliśmy przez korytarz. Zaskoczona spostrzegłam, że nigdzie nie ma ani śladu po bytności wilkołaków lub choćby Garhota. Napastnicy również byli zdziwnieni. Wepchnęli nas do pokoju niemal identycznego co wcześniejszy.
- Cholera! - warknął poirytowany wampir.
- To dziwne, nigdzie nie było strażników - stwierdziła Fionna. - Słyszeliście ich?
- Tak. Chyba coś się tu wydarzyło - odparłam.
Oboje spojrzeli na mnie unosząc brwi. Opowiedziałam im w skrócie o tym co wydarzyło się przed ich przybyciem.
- Faktycznie, to dość niepokojące - powiedział zamyślony wampir.
- Musimy się stąd wydostać - odparła blondynka.
- Ciekawe jak - prychął Marshall. - Nawet jeśli rozwalę drzwi nie mamy pewności, że nas nie złapią.
- Nie wszystko stracone, mam miecz! - Oznajmiła Fionna, tryumfalnie wyciągając z plecaka ostrze.
- Jeden miecz przeciwko pięciu napastnikom? Nawet ja miałbym z nimi problem - powiedział z niechęcią Marshall.
- Nie bądź takim pesymistą! Poza tym mam genialny pomysł! - Odparła tajemniczo.
- Jaki?
- No więc tak... Ann zacznie krzyczeć, że zaatakował ją Marshall. Przybiegną strażnicy. Wtedy Zaatakujemy z zaskoczenia i BAM! Uciekniemy! - Wyjaśniła radośnie.
- To nie wypali - skwitował wampir.
- Mogłabym spróbować wywołać sztuczny ogień. Niczego nie spali, ale będą zajęci ugaszaniem go - zaproponowałam.
- Wtedy rozwaliłbyś drzwi. To mogłoby się udać - stwierdziła Fionna.
- Już lepiej - powiedział Marshall, uśmiechając się szeroko.
Zamknęłam oczy, starając się uspokoić. Przywołałam w myślach korytarz, którym nas ciągnięto.
- Dasz radę, Ann - usłyszałam za sobą wampira.
Nie chciałam ich zawieść. Mój wyobrażony korytarz zapłonął niebieskim ogniem. Wrzaski zza ściany uświadomiły mnie, że się udało.
- Teraz! - Zawołała blondynka.
Drzwi roztrzaskały się na małe kawałeczki, a nasza czwórka wybiegła.
- Nie zwracajcie uwagi na ogień, to tylko iluzja. Musimy się śpieszyć, zaraz się zorientują.
Weszliśmy do pierwszych lepszych drzwi spotkanych po drodze. W środku znajdował się ogromny stół z krzesłami i kilka kartek porozrzucanych po podłodze. Dopiero po chwili zauważyłam na ścianie zakrzepłą krew. Niektóre miejsca na podłodze były czarne, jakgdyby uderzyło w nie coś silnego. Pokój wyglądał jak po walce. Schyliłam się. Kartki były częściowo spalone, ale widać było na nich część słów. Zmroził mnie fakt, że na jednym z arkuszy jest moje imię. Było tam ponad dziesięć nazw, jak podejrzewałam, lista osób. Niektóre imiona były skreślone. Wśród nich dostrzegłam moją matkę. Na chwilę mnie zmroziło. Co oznaczał ten plan?
- Ann! Pospiesz się! - Ponagliła blondynka stojąc w otwartych drzwiach.
Jak się okazało prowadziły one na zewnątrz. Wybiegliśmy całą czwórką, kierując się w stronę domu Marshalla. Głowa bolała mnie od tłoczących się tam emocji. Strach. Ulga. Niepokój. Radość. Zmęczenie. Byłam pewna, że sztuczny ogień już dawno znikł.
*Po godzinie drogi*
Podczas drogi Marshall wyjaśnił mi obecność Fionny i Cake. Próbowaliśmy zrozumieć co wydarzyło się w ,,bazie" Garhota, ale nic nie przychodziło nam do głowy. To było naprawdę dołujące. Wampir odstawił nas pod hotel. Długo nie chciał się zgodzić na mój powrót do domu, ale uznaliśmy w końcu, że las jest groźniejszym miejscem. Przez ten czas miała mi towarzyszyć Fionna. Byłam wdzięczna, że się o mnie troszczyli, ale nadmierna opieka utrzymywała mnie w przekonaniu, że jestem bezużyteczna i słaba.
Gdy wróciliśmy pod ,,Mohito" niemal skakałam z radości. Nie było mnie tu prawie trzy dni. Weszłam do środka, ale recepcjonistka momentalnie mnie zatrzymała, podając mi moją walizkę. Nie za bardzo rozumiałam o co jej chodzi.
- Przykro mi. Pani konto od wczoraj jest puste. Nie może pani dalej wynajmować u nas pokoju - wyjaśniła, wciskając mi do ręki bagaż.
Zaniemówiłam. No tak, konto. Zapomniałam, że nie było tam zbyt dużo pieniędzy. To logiczne, że w końcu musieli mnie wyrzucić.
- Chodź Ann, pójdziemy do mnie - powiedziała wreszcie blondynka.
Pokiwałam tylko głową. Czułam się jak robot. W umyśle chłodno kalkulowałam, co mogłabym teraz zrobić. Straciłam mieszkanie.
Wkrótce doszliśmy na miejsce. Fionna nalała mi herbaty i podała mały podwieczorek. Byłam okropnie głodna.
- Jeśli chcesz, możesz tu narazie zamieszkać. Mam kilka wolnych pokoi, a bardzo chciałabym mieć współlokatorkę - zaproponowała.
- Nie chciałabym się narzucać - odparłam, choć bardzo się ucieszyłam z jej propozycji.
- Nie narzucasz! Będziemy najlepszymi przyjaciółkami! Kto wie... może nawet zdołam cię przekonać, że istnieją inne buty niż trampki - rozmarzyła się.
- Wróć na ziemię Fionna - zaśmiałam się.
Reszta dnia minęła całkiem spokojnie. Postanowiłam zamieszkać z blondynką, do czasu aż nie zdobędę własnego domku. Bardzo spodobała mi się okolica, w której mieszkała. Wybrałam się nawet na spacer wzdłuż jeziora. Wiem, to głupie z mojej strony po ostatnich wydarzeniach, ale musiałam się odstresować. Poza tym nie oddaliłam się zbytnio, więc Fionna w każdej chwili mogła mnie znaleźć.
Przejechałam ręką po gładkiej tafli wody. Przyroda w pewien sposób mnie uspokajała. Rozejrzałam się wokoło lustrując drzewa i krzewy rosnące niedaleko. Po drugiej stronie dostrzegłam dziewczynę. Miała długie blond włosy, które sięgały jej niemal do kolan i ubrana była w zieloną, sięgającą kostek suknię. Twarz miała schowaną w bukiecie kwiatów, który co chwilę upiększała dodając nowe elementy. Czując na sobie mój wzrok odwróciła się w moją stronę. Była naprawdę ładna, niemal anielska. Widząc mnie nieznajoma gwałtownie wstała i pobiegła w stronę drzew. Po chwili zniknęła mi z oczu. Zdziwiona taką rekacją również wstałam i ruszyłam w stronę domku Fionny. Ten dzień był naprawdę przytłaczający.
__________________________________________________________
R: Uff, skończone!
K: Aż mnie ręce bolą ;-;
R: A teraz, opowiem wam krótką historię pisania tego rozdziału. No więc tak... Rozdział pisałyśmy wcześniej z Kat na telefonie (moim) i trzeba było go przepisać na komputer. Wszystko dobrze, tylko że nie mogłam znaleźć komórki ;-; Chciałam zadzwonić z innej na mój telefon, ale niedawno zmieniłam numer i kompletnie zapomniałam co to były za cyferki xD. No i oczywiście znalazłam go dopiero po 20 minutach w zabawkach mojej siostry (naprawdę nie wiem, co on tam robił :/). Wracam przed komputer lekko wkurzona i wiecie co? Rozładował się i cały pisany wcześniej rozdział się usunął. Moja mina w tym momencie była z pewnością bezcenna. Tak więc zamiast skończyć o 13, mam opóźnienie o 3 godziny :c
K: Hahahahhahahahahahahah
R: To nie było śmieszne!!!
K: Wybacz, ale wyobraziłam sobie twoją reakcję gdy usunął ci się rozdział xD
R: -.-"
K: Swoją drogą, czy to nie dziwne, że telefony co chwile się gubią? Mój też zawsze znajduje się w dziwnych miejscach xD
R: To podejrzane...
K: To wszystko przez lampy.
R: Od dawna przeczuwałam, że one coś knują. (Nie pytajcie, to dłuuuga historia xD)
Jejku dziękuję za dedykacje <3
OdpowiedzUsuńNo tego że Marshall to nie Marshall to sie nie spodziewałam :p
No i dobrze ze Ann nareszcie uwierzyła w siebie i tym sposobem przydała się :)
Teraz mam juz taki rozkim i nie wiem co moze byc w kolejnym rozdziale ( może byc dużo Marshalla )
Jeju biedna ty z tym telefonem ale uwierz nie tylko tobie telefon sie gubi ;D Ile to ja razy do szkoły zaspalam bo się zgubił XD
Ja chce kolejny! Boze daj im wolne w szkole, zeby mogły pisać ( modli się )
To ja czekam na kolejny a wy nie zgubcie telefonu
Weny i czasu życzę :-)
R: Ten telefon ma jakiś spisek ;-; Wczoraj na matematyce włączył mi się budzik...
UsuńK: Po co ustawiałaś budzik na 11?!?
R: Cicho xD Mam elastyczne godziny wstawania xD
K: Cieszymy się, że nie wiesz co będzie w następnej notce :D (Wredne to takie xD)
R: W sumie chyba nie będzie jakiś mega zwrotów akcji czy czegoś, ale przynajmniej teraz udało nam się ciebie zaskoczyć <3
K: Dziękujemy za komentarz :D
Co tu dużo mówić bardzo fajny, mega super rozdział ;) tak myślałam że coś tu jest nie tak z Marshallem ale takiego obrotu spraw się nie spodziewałam, myślałam prędzej o tym ze ktoś rzucił na niego urok czy coś. Fajnie to zrobiliście , czekam na kolejne rozdział i ciekawe pomysły z waszej strony.
OdpowiedzUsuńR: Z tymi ciekawymi pomysłami może być ciężko, bo przez szkołę mam tak zlagowany mózg... :c
UsuńK: Ty masz mózg?!
R: Też byłam zdziwiona :D
K: Wracając do komentarza, dziękujemy <3
R: <3
Zrobiłyście** telefon nie chce współpracować , dlatego przepraszam dziewczyny za błędy :)
OdpowiedzUsuńNnoo takiego obrotu spraw się nie spodziewałam i jestem zachwycona, najlepsze w czytaniu jest to, że nie wiadomo co się wydarzy i tutaj tak jest!! A z telefonami to każdy tak ma, ja swój gubię o wiele za często aż czasami mam ochotę go spiąć na sznurek i nosić jak łańcuszek na szyi (ja i moje pomysły) XD Gdy czytałam jak Ann była w piwnicy aż mnie ciarki przeszły (opis tego mrocznego miejsca i dwa złowrogie głosy), a do tego ojczym Ann, zapowiada się wartka akcja w dalszych rozdziałach :D Trzymajcie się ciepło w pisaniu i niech moc będzie z wami :D
OdpowiedzUsuńR: Mam nadzieję, że damy radę utrzymać te zwroty akcji :D
UsuńK: Pewnie nie xD
R: Ach ten nasz optymizm <3 (Dobrze to napisałam?!)
K: Wracając, dziękujemy za tak miły komentarz :*
R: A co do telefonu, to dobry pomysł ^^ Choć znając życie, zapewne zapomnę, że mam go na szyi xD
K: Ostatnio go szukałaś rozmawiając ze mną ;-;
R: No dobra, na pewno bym zapomniała :D